środa, 12 października 2016

Miejsce bez nazwy.

















Gdy tu nastałam to miejsce było sadem owocowym na wykończeniu , w dolnych partiach porośniętym tawliną jarzębolistną i podagrycznikem. Drzewa próbowałam nawet ratować ale ostatecznie zostały tylko dwie jabłonie ulokowane w najwyższym punkcie wzniesienia. Bo trzeba dodać ,że miejsce to jest lekkim stokiem o południowej wystawie. Po wielu latach mechanicznej walki z chwastami ,stało się pięknym gęstym trawnikiem z rolki. Nie był to dobry pomysł bo utrzymanie trawy w dobrej kondycji na takim terenie było bardzo pracochłonne i kasochłonne. Z czasem więc trawnik zaczął marnieć. Pojawiły się na nim samosiejki fiołka trójbarwnego , macierzanki ,przetacznika. Przestałam go nawet kosić regularnie pozwalając zakwitnąć trawom. Niestety kiedyś trzeba go było jednak skrócić drastycznie  i wtedy widok stawał się marny. Tak od połowy lata nic ciekawego się tam już nie działo. Ubiegłej jesieni postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce a dokładnie wzięłam narzędzia i oczyściłam cały ten placyk ze wszystkiego pozostawiając tylko kilka kępek macierzanki. Miałam przez zimę pomyśleć o planie nasadzeń ale oczywiście nie wytrzymałam i będąc w ogrodniczym nakupiłam różności. Oczywiście jeżówki poszły na pierwszy rzut. Nie rozdrabniałam się . Brałam wszystkie odmiany bo wszystkie mi się podobały a ponadto chciałam sprawdzić jak poszczególne odmiany przezimują na tym mało przyjaznym miejscu. O dziwo przezimowały wszystkie.Między jeżówki ponasadzałam trochę rozchodników i sadzonki mikołajka ,którego sama sobie wysiewałam latem. Zakupiłam też trochę traw ale to również  po to ,żeby poeksperymentować jak przezimują i jak będą się prezentowały. Też przezimowały bardzo ładnie chociaż słyszałam ,że to nie była dobra zima dla traw . Dosadziłam jeszcze trochę czosnkowych cebul i tak zakończył się ubiegłoroczny sezon. Wiosną tego roku nie byłam nic mądrzejsza w temacie nasadzeń. Postanowiłam uzupełnić miejsca między bylinami nasadzając sadzonki jednorocznych. I tak znalazły się tak driakwie , kosmosy i werbena patagońska oraz białe gaury a także przezimowane bulwy mieczyków , które kwitną dopiero teraz. Kosmosy wycięłam jednak szybko ,gdy okazało się,że porosły na wysokość półtora metra i chcą zdominować wszystko. Kasacji dokonałam jeszcze zanim zakwitły bo pewnie później byłoby mi szkoda. Nie wiadomo skąd wzięło się sporo rudbekii ,która początkowo przerażała mnie swoim ciepłym żółcieniem ale z czasem przywykłam. Posadziłam też sadzonki kłosowca potwornie marne z myślą,że pewnie nic z tego nie zakwitnie. Zakwitło i to jak. Przyznam ,że jestem mocno zdziwiona dorodnością kwiatów. Wydawało mi się,że na tym piachu mało co przetrwa. Tymczasem lato było wyjątkowo obfite w opady i moje rośliny dały radę. Niestety nadal nie wiem co dalej z tym miejscem zrobić . Czy uporządkować go kolorystycznie i gatunkowo czy pozostawić taki nieład.Dodam ,że dosadziłam więcej traw, lawendy , szałwie itd. Między tym wszystkim cały czas nasiewają się dzikie bratki i nie nadążam ich plewić więc sieją się i sieją. Na dodatek miejsce to jest bez nazwy bo początkowo mówiłam preria ale ......coś mi nie pasuje .Chyba zbyt kolorowo na taką nazwę. Czekam więc na propozycje :-). Przyznam ,że ogromnie trudno było mi zrobić tego posta. Miliony zdjęć do wyboru więc właściwie całkowity brak wyboru. Jest trochę na chybił -trafił .Sorki ale nie potrafiłam zrobić tego inaczej . Zabrakło też zdjęć z początków założenia. Niestety straciłam wiele swoich zdjęć , łącznie z tymi wiosennymi. Ale pocieszam się,że  znów niedługo będzie kolejna wiosna.


























czwartek, 28 lipca 2016

Spełnione marzenie






Wreszcie chyba mogę się pochwalić , chociaż tak naprawdę prace jeszcze nie dokończone ale mój stolarz potrzebował na wczasy a teraz odpoczywa po wczasach więc muszę cierpliwie poczekać na te wszystkie wykończenia. Wiadomo jak to jest z majstrami . Trwało to wszystko  potwornie dłuuuuugo, bo jak tylko temperatury na to pozwoliły zaczęliśmy od prac murarskich. Szklarenka stanęła na miejscu od dawna na nią przeznaczonym czyli na części fundamentu po starym domu . Ma kształt litery "T" przy czym daszek litery jest wymurowany na płycie betonowej bo pod tą częścią domu była i jest piwniczka a trzonek ma grunt pod nogami i w tej części wysadziłam moje biedne pomidorki , które męczyłam do tej pory w doniczkach. Szkielet budowli jest drewniany , natomiast wypełnienie to kompromis na jaki musiałam pójść z różnych względów. Dach jest z poliwęglanu komorowego . Oczywiście chciałam szyby ale mąż stanowczo się sprzeciwił bo stwierdził ,że będą przeciekały. Może miał rację. Próbowałam wynegocjować poliwęglan gładki ale cenowo wyszło to bardzo nieciekawie . Płyty są przyciemnione i chyba to akurat nie jest najgorsze rozwiązanie . Niestety w słoneczne dni materiał pracuje wydając przy tym dziwne dźwięki, jakby chciał  pęknąć. Jest obiecane ,że z czasem będzie to mniej uciążliwe czyli najprawdopodobniej się przyzwyczaimy. Jeśli chodzi o ścianki pionowe to wykonane są ze szkła 6mm. Wykorzystałam też takie różne fikuśne drzwiczki od starych kredensów, które od jakiegoś czasu wpadały mi w ręce i one stanowią wentylację. Szklarenka posiada dwoje drzwi , również zdobycznych . Póki co poprzenosiłam do niej trochę swoich gratów. Przywlokłam też starą kanapę i fotel . Lubię w niej przesiadywać ale nie zawsze się da. Mam nadzieję,że wczesna wiosna i jesień to będą te pory kiedy będzie najwięcej eksploatowana. Czy spełnia swoje zadanie? Dam znać :-). Na razie mnie po prostu cieszy.

















poniedziałek, 25 lipca 2016

Szczęśliwe kury , szczęśliwa ja.

Dobrze Agatku. Więc będzie o kurkach. Nie wiem kiedy zrodził się mi w głowie ten pomysł ,żeby je mieć. Kompletnie nie pamiętam chwili , gdy pierwszy raz o tym pomyślałam. Wiem tylko ,że od jakiegoś czasu ( może ze trzy lata) narastała we mnie chęć posiadania własnego stadka. Jak tak pomyślę to sama się sobie dziwię ,bo kury nigdy wcześniej mnie specjalnie nie interesowały. Moi rodzice odkąd pamiętam zawsze mieli kilka kurek na stanie ale nie były one obiektem moich zainteresowań. Jedyne momenty, gdy okołokurowe tematy mnie "ruszały" to wykluwanie się małych kurczątek. Dopóki ptaszki miały postać żółtych kuleczek mogłam się nimi zajmować  ale świat dorosłych kur był mi obcy. Nie odwiedzałam kurnika ani kurzej zagrody i tylko smutno mi było, gdy tata informował ,że kolejna kura padłą ofiarą jakiegoś nocnego wampira. Pamiętam też moment , gdy tata powiedział ,że nie zabije już nigdy żadnej kury .Hodowla jednak trwała nadal ,chociaż rzeczywiście skończyły się drobiowe rosołki. Moje kurki też tylko dla jaj. W połowie maja tego roku nabyłam 10 kurek i kogutka. Pan hodowca zapewniał ,że będą niosły za jakiś miesiąc. Jakież było moje zdziwienie , gdy jeszcze tego samego dnia znalazłam na gnieździe malusie jajusio. Na drugi dzień kolejne a potem dwa  , a potem cztery . I tym sposobem odkąd mam kury nie kupiłam jeszcze ani jednego jaja. Przyznam ,że radość ma jest ogromna . Jajeczka są coraz większe a czasami wręcz rozmiarów gigantycznych . Wtedy są dwa żółteczka w środku i takie lubię najbardziej. I lubię te moje kurki przeogromnie . I naprawdę wiele rzeczy im uchodzi bezkarnie. Biegają wszędzie i czasem robią różne szkody ale....jakoś się na nie nie złoszczę. Wprawdzie mają już zagrodę i mogłyby tam sobie żyć całkiem wygodnie lecz mi trochę  żal ,żeby sobie nie chodziły , gdzie je oczy poniosą. Niekiedy tylko się martwię, że to może się jakoś nie najlepiej dla którejś skończyć.  Póki co stadko jednak ma się dobrze  i tylko Nieniek , mój kogucik trochę kulał przez kilka dni ale szczęśliwie już mu przeszło. Tak , dałam kurakom imiona. Jeszcze nie wszystkim , bo to trochę trwa ,żeby je wszystkie rozróżnić i nie pomylić imion. Mam tę przypadłość ,że ciągle mylę imiona ludzi więc u kur też mi się to zdarza i czasem na Coco wołam Chanell a na Dolores , Consuella. Tylko  Nieniek,   mi się nie myli i Henrietta ,bo to całkiem inna kurka i zwykle trzyma się na uboczu. Jest po prostu najładniejsza i reszta kur zazdrośnic ja odgania. No i ma względy u Nieńka , więc dziwić się nie można. To takie typowo kurze ,żeby nie powiedzieć ludzkie zachowanie. Uwierzcie mi , o kurzych obyczajach  można powieść napisać albo osobnego bloga , jeśli potrafi się pisać oczywiście. To bardzo fascynujący świat. Ja pisać to tak średnio , dlatego co nie dopiszę to dopowiem zdjęciami. No i zdradzę Wam sekret ,że we wtorek jadę po kolejna pięć. Ale o tym na razie nikt w domu nie wie :-)





















Skończyłam wklejać zdjęcia . Jest 2.17 . Przynajmniej o 6 trzeba wstać ,żeby otworzyć kurnik. Już wiesz Agatku , dlaczego tak trudno wziąć  mi się za pisanie postów ? Nie obiecuję poprawy :-). Wszystkich zaglądających serdecznie pozdrawiam.