środa, 30 lipca 2014

tawlina

Powszechnie wiadomo ,że chcąc ściągnąć do swojego ogrodu motyle, mamy sadzić budleje. No i to prawda tylko ,że z tymi budlejami bywa różnie bo to dość kapryśny krzew i albo przemarznie albo za mokro i zdarza się ,że kwitnie słabo. Jest za to roślina, która spełnia to samo zadanie czyli wabi rusałki a przy tym jest zupełnie bezproblemowa , jeśli nie jest oczywiście problemem to ,że raz posadzona rozprzestrzenia się jak perz. Mowa o tawlinie jarzębolistnej (sorbaria sorbifolia), której polska nazwa powinna brzmieć jarzębinecznik. Podobnie jak jarząby należy do różowatych stąd ten pięknie wabiący zapach. Tawlina to gatunek zawleczony  z Azji . Kiedyś sprowadzony do przydworskich parków , mocno się rozprzestrzenił chociaż na dziko chyba rzadko spotykany. Gdy kupowaliśmy nasze miejsce , tawlina porastała całe zbocze. Chcąc aby rosło też coś innego , musiałam się jej pozbyć i to definitywnie bo zostawiony choćby kawałek , powodował ,że za kilka lat robił się znowu busz. Ma system korzeniowy identyczny jak perz , z tym ,że 100 razy większy bo i całą roślina osiąga do ok. 2 metrów wysokości. Warto ją posadzić gdzieś tam, gdzie może sobie swobodnie rosnąć nie zagłuszając innych roślin , na których nam zależy. Oczywiście tylko pełne nasłonecznienie da obfitość kwiatów a co za tym idzie ,obfitość motyli. Po przycięciu przekwitłych kwiatostanów ,zakwitnie ponownie choć już mniej obficie. Lubię stosować jeszcze  nie rozwinięte kwiatostany jako dodatek do różanych bukietów. Rozkwitają w wodzie. W szkółkach raczej rzadko dostępna bo kto by tego chwasta rozmnażał . Chwast nie chwast - jest chwila ,że dzięki niemu czuję się jak w egzotycznej motylarni.





















wtorek, 29 lipca 2014

warzywnie

Lipcowy warzywnik dopiero jest w czerwcu. A to wszystko przez mój majowy tygodniowy wyjazd. Pod moją nieobecność rządy w ogrodzie przejęła dynastia ślimarów i ich krótkie panowanie poczyniło ogromne spustoszenia . Ogórki , fasolkę musiałam siać jeszcze raz. Potem nastała dynastia maków i te podstępnie zagłuszyły całe  warzywnikowe dobro. Na szczęście w ostatnim momencie przyszłam z odsieczą i je zsiekłam. Powoli wszystko wraca do normy. Najbardziej cieszy mnie marchewka ,bo ta była najmniej zarośnięta przez makowce i fajna to rzecz , gdy nie muszę po każdą jedną marcheweczkę biegać do sklepu. Cieszą też kartofelki .Nie są to jakieś rekordowe plony z kwintala godne informacji w wiadomościach TV ale chwalę się nimi bo dla mnie to ogromny sukces na tych piaskach. Najwięcej w ogrodzie jarmużu bo zaszalałam robiąc sadzonki. Ostatnio siostrzeniec robił z niego chipsy. Trzeba oberwać go z głąbów i porwać na mniejsze kawałki, potem pokropić trochę oliwą  i wymieszać , wstawić do mocno nagrzanego piekarnika (240st,) i trzymać koło 7 minut. Po wyjęciu opruszyć solą. Trudno się tym daniem najeść ale zawsze to jakaś ciekawostka kulinarna no i wciąga jak wszystkie chipsy a szczęśliwie nie ma tyle kalorii. Ostatnio nie mogę się wyrobić w przeróbstwie cukinii. Niewiarygodne jak ona potrafi szybko rosnąć. Rano zakwita a po południu jest do zbioru. Odkryłam fajny przepis Jamiego .Na oliwie podsmażyć drobno posiekany czosnek, dodać pociętą na bardzo cienkie talarki młodą cukinię .Mieszając smażyć na dość mocnym ogniu . Gdy nabierze złocistości posolić , popieprzyć i posypać obficie posiekanymi listkami świeżej mięty. Pychota.