piątek, 30 marca 2012

nudy

-Nudy. Chodź pobiegamy po drzewach.
-Czekaj , czekaj . Coś się dzieje. Sprawdź co to takiego. -Sama sobie sprawdź.
-Może to coś do jedzenia?
-Nie pachnie mięskiem. Hmmm
-To chyba nic do jedzenia. -Jesteś Miska pewna ,że się nie rusza? -Sam sprawdź.
-Wszystko sam .No i co nam tu mamuśka dałaś?
-Idziemy na drzewa.
NUDY

czwartek, 29 marca 2012

Historia pewnej Hedery.


Inspiracja przyszła do mnie prawdopodobnie z lektury "Tajemniczego ogrodu" Frances  Hodgson Burnett. Musiałam mieć wielkiego , wijącego się , porastającego stare mury i drzewa bluszcza. Zdobycie go może nie było aż tak wielkim problemem ale gorzej z tymi starymi murami i drzewami. Tak wiec musiałam zachować kolejność. Jak się o czymś bardzo marzy , to się spełnia (aż czasami strach marzyć)i tak oto stałam się właścicielką starego  domu z równie starym ogrodem , który nawet bez bluszcza wyglądał bardzo sekretnie. Nabyłam niezwłocznie kilka sadzonek upragnionego pnącza i czekałam efektów. Czas płynął..... a z nim popłynęła gdzieś wizja bluszcza, który pnie się tu i tam. Po prostu zniknął , przepadł , nie ma. Żal mnie ogarnął ale cóż robić. Całkiem niebawem , spacerując z dzieciakami po okolicy spostrzegłam gruzowisko po rozebranym domu a na stercie gruzu i pod nią leżały z powyciąganymi z rozpaczy ramionami , stare bluszczowe pędy.Rzuciłam się im na ratunek i ... udało się. Wracaliśmy do domu jak bohaterowie. Ktoś może powie ,że to szaber , ale ja będę się trzymała wersji , że to była bezinteresowna przysługa niechcianej , porzuconej roślince. Coś jednak może być na rzeczy . Mówią ,że kradzione lepiej rośnie a bluszcz faktycznie dwoił się i troił  ,żeby się odwdzięczyć i obrastał wszystko co napotykał na swojej drodze.
Był jeden szkopuł.Zamiast wspinać się po murach i pniach, chciał rosnąc tylko w poziomie.  Postanowiłam go podejść sposobem. brzydki , betonowy mur , który miał odgradzać śmietnik sąsiada  oplotłam gałązkami przycinanych wiosną krzewów i drzew i po takim rusztowaniu mój bluszczyk piął się już całkiem wdzięcznie. Z drzewami było jeszcze prościej. Kilka młodych pędów przywiązałam do pnia cienkim drucikiem . Wystarczyły dosłownie kilkucentymetrowe pionowe odkłady i poszło. Dziś pan bluszcz mocno już leciwy i doczekał się nawet prawnej ochrony bo egzemplarze kwitnące , dziko rosnące( u mnie też dzicz) są pod ochroną. Ochrona  ta jednak nie chroni w żaden sposób przed mrozem i w tym roku , nieźle biedaczka przemroziło . Stare liście straci , gdy tylko pojawią się nowe .
Kilka dni temu powalczyłam z tym co niepostrzeżenie pod koniec lata pozarastało ścieżki i została mi znowu cała sterta sadzonek. Staruszek doczekał się dużo potomstwa rozsianego po Polsce a nawet poza jej granicami. Mają go  moi znajomi i przyjaciele królika bo wszyscy wiedzą ,że bluszcz to symbol wierności i trwałości. I coś w tym jest. Dziś w doskoku uplotłam dwa wianki. W zasadzie miałam dziś się chwalić jak to pięknie zasiałam marchewkę, pietruszkę i wsadziłam cebulkę ale niestety tego nie zrobiłam bo chociaż kalendarz księżycowy zalecał to dziś właśnie zrobić , to aura absolutnie temu nie sprzyjała. Najbliższe dni to dni kwiatu. Można śmiało sadzić ,siać , rozmnażać wszystko co ma nam pięknie zakwitnąć.

środa, 28 marca 2012

Odkrycie na miarę....

A wszystko przez to ,że nie miałam czasu i serca ,żeby jesienią uporządkować pomidorową grządkę. Z braku czasu nie będę się tłumaczyć , bo każdy wie jak to bywa . Brak serca wynikał z tego ,że odkąd padły mi pomidory unikałam tego miejsca jak tylko się dało . Ale to temat na innego posta. Wracając do odkrycia - między krzewami pomidorów rosła sobie rukola . Trochę dla spożycia , trochę dla ozdoby , trochę dla pożytku dla pszczół( bardzo wabi ). I rosła sobie i rosła i ..... tak pozostało na zimę.Wiem , niezbyt elegancko ale nigdzie nie jest napisane ,że musi  być elegancko. Więc wczoraj , z przygaszonym już nieco bólem po stracie pomidorów, zaczęłam zmagać się ze sprzątaniem śladów ubiegłego lata. I tak oto wyrywając starą karpę rukoli , dojrzałam ,że coś tam przy niej zielenieje. Wzięłam szkła bo nie dowierzałam . Rukola wydawała mi się być jednoroczna. Sprawdziłam w internecie- tak jednoroczna. Ale przecież wyraźnie pachnie rukolą. Więc buch ją do doniczki i na parapet kuchenny. Zobaczymy co z tego wyniknie chociaż ja już widzę zieleniejącą kępkę ( na brak wyobraźni nie narzekam). Tak więc mimo ,że nie siałam rukola w doniczce powinna być .
Mimo ,że nie siałam , mam również rukolę posianą . Robi to sama. Najlepiej lubi się wysiewać pośród kamieni. Może dlatego ,że miedzy tymi szczelinkami nie jest narażona na  żadne narzędzie . Gdy trochę podrośnie poprzerywam i pozostawię kilka okazów po to ,żeby zakwitły , zwabiły pszczoły i znów się rozsiały za rok.

poniedziałek, 26 marca 2012

hej pomidory

Właśnie rozpoczął się sezon . Smakują wyśmienicie. Podstawa naszego codziennego wyżywienia. W sobotę kupiłam 2 kg i dziś wykończyliśmy na kolację.I pomyśleć ,że nie jadałam ich do siedemnastego roku życia. Wszystko zmieniło się przez mojego stryja  . Rosły u niego na pergoli niczym winogrona i trzeba było podstawiać drabinkę,żeby zerwać . Czerwone kiście wyglądały bardzo kusząco a stryj opowiadał o ich walorach smakowych tak przekonująco ,że uległam , choć wcześniej byłam zatwardziałym antysmakoszem.Jak ja mogłam tyle lat bez nich funkcjonować ? Od  tamtego czasu moje życie nabrało barwy pomidorowej i tak jest do dziś.Zimowej , importowanej trawy pomalowanej na czerwono nie jadam . Wolę te z puszki, bądź suszone. Ale nic a nic na świecie nie jest w stanie zastąpić tego soczystego , muśniętego słońcem , pachnącego latem owocowego serca.

niedziela, 25 marca 2012

piątek, 23 marca 2012

Impreza u Hiacynta


Impreza na całego
Co się będzie działo , jak rozkwitną wszystkie? Fotografowałam pszczoły z dość bliska i zupełnie nie były mną zainteresowane.
A na innych spokój. Ja natomiast padam choć nie byłam na imprezie tylko pracowałam, pracowałam, pracowałam. ponieważ było bardzo ciepło , wyniosłam na taras donice z rozmarynem , mirtem i laurem. Dopiero pod wieczór uprzytomniłam sobie , że to dopiero marzec . Schowałam je na noc i dobrze zrobiłam bo chyba będzie dziś przymrozek.

Bratki na rabatki

Ktoś mądry kiedyś powiedział "bratki na rabatki " i się stosuję. Chociaż to jeszcze nie całkiem pora , to jednak nie mogłam się dziś oprzeć tym kolorom. Moje pierwsze bratki tego roku. Powędrują do donic.
Ale zasadzę je dopiero 30 marca bo to dzień siewu i dzień kwiatu. Do tej pory będą się musiały zadowolić siedzeniem w swych dotychczasowych przyciasnych plasticzkach obłożone tylko mchem .
Chciałabym mieć oczywiście taką rzekę jak ta w Budapeszcie
Mogłoby być  ewentualnie jeziorko
Ale zwykle lądują do skrzynek , gdy już przekwitną cebulki
I do donic wszelkiego rodzaju .
Te pastelowo liliowe lubię najbardziej
dobrze się czują w towarzystwie powojników i róż
Niebieskimi też nie pogardzę
Raz posadzone, potrafią się wysiewać i tworzyć duże barwne plamy
Z czasem tracą na swej szlachetności
Po przekwitnięciu zwykle lądują na kompost . Wyjątkowo trwałe nasienie skoro po kilku latach kompostowania zachowuje aż takie zdolności kiełkowania , że robi to natychmiast gdy trafi np. pod gruszę
T
Towarzystwo fasoli też im nie przeszkadza. Fasola również się nie skarży.
Kapusta , kalarepa , cebulka są wniebowzięte. A ja utwierdzam się w przekonaniu ,że ktoś naprawdę był mądry apelując żeby sadzić bratki na rabatki albo ewentualnie do skrzynek , donic, konewek, starych garów i czego tam jeszcze ludzie nie mają.
Dziś popracowałam trochę w ogrodzie, bo za tydzień sianie , sadzenie , dzielenie , przesadzanie i w końcu braknie czasu na rzeczy równie ważne jak na przykład zgrabienie trawnika. Wysprzątałam też altankę , bo te świeże bratki w towarzystwie zeschniętych liści nie komponowałyby się dobrze.Nie pokaże trawnika , bo nie na pokaz jeszcze. Szczerze mówiąc nie wiem czy w ogóle się pozbiera. Mocno zastanawiam się nad całkowitą wymianą darni ze wcześniejszym zamontowaniem systemu nawadniającego. Dwa lata temu wystarczył tydzień upałów i trawnik padł .Fakt ,że nieszczęśliwie nie miał kto podlać. Myślałam ,że jakoś się pozbiera ale ostatniego lata nie było za dobrze. Poczekam do jesieni. Może uda mi się zadbać o niego lepiej niż w ubiegłym roku. Zrobiłam dziś jeszcze takie stroiki na pniach drzew :-). Żarcik. Wiem ,że to mało estetyczne ale to w ramach pogodzenia słabości do kotów i miłości do ptaków. W ten sposób zabezpieczam budkę lęgową przed ewentualnymi wizytami moich tygrysów.Wykorzystuję do tego specjalnie przechowywane gałązki bożonarodzeniowej jodełki oraz to co przycinałam tydzień temu czyli np. tawlinę jesionolistną.Kotom nie chce się pokonywać takich przeszkód . Takie już lenie z nich.
Przycinałam dziś lawendę i zrobiłam wielką zadymę w kominku. To takie duże kadzidło. pachniało w całym ogrodzie a przynajmniej tam , gdzie byłam bo w całym nie dałam rady być jednocześnie ( 2 ha)
Czym nakarmić rodzinę jak się pracuje cały dzień? Otóż troszkę oleju ryżowego rozgrzać w garnku, wsypać ryż( ja używam złotego ), posolić troszkę lub povegetować i uprażyć na jasny brąz. to trwa chwilę. Zalać wrzątkiem (na jedną cześć ryżu , dwie części wody), przykryć i pozostawić na minimalnym ogniu na 20 minut. W tym czasie obrać cebulki( ja to robię pod bieżącą zimną wodą , spłukują się uwalniane w procesie obierania lotne substancje powodujące łzawienie), kroję szybko i wrzucam na średnio rozgrzaną patelnie z odrobiną oleju (ryżowego oczywiście). Mieszać od czasu do czasu jedną ręką a drugą pokroić papryk kilka , dosypać do cebuli. Mieszać i jednocześnie pokroić seler naciowy ale go nie dodawać. Gdy cebula już będzie miękka a papryka jeszcze nie , wrzucamy paczkę albo tyle ile lubimy mrożonej  mini marchewki ( polecam Hortex) i mieszamy , mieszamy , nie obijamy się. Na koniec dajemy seler naciowy i przykrywamy całość. Dusimy chwilę . Przyprawiamy czym tam chcemy i koniecznie curry i ............no wiadomo , ryż już w tym czasie doszedł do sypkości a z warzyw zrobił się sosik chociaż ja wolę jak jest lekko chrupkie. Cebula tylko powinna być miękka. całość można posypać czymś zielonym albo nie . słowo daję ,że więcej czasu zajęło mi opisanie tego przepisu niż zrealizowanie go.
Bon appetit jak powiedziałaby Julia Child.