piątek, 31 sierpnia 2012

Dokad?

Dziś zagadka.Dokąd zabiorę was w następnym poście? Podpowiem ,że jest to miejsce , do którego wracam za każdym razem ,gdy jestem w Toskanii.Nawet nie potrafię powiedzieć dlaczego. W kolejnym poście będę podejmowała próbę wytłumaczenia tego Wam i samej sobie. Dodam ,że widoki z tego miejsca są niezwykłe i to może właśnie jest powodem moich powrotów? Miasto słynie z zupełnie czegoś innego ale ja zawsze kupuję tam jakieś błyskotki. Taka tradycja. W tym roku dziwnym sposobem przerwana bo przecież nie można nic na siłę.Przyznam ,że miałam trochę za mało czasu na podjęcie decyzji. Dla toskańskich koleżanek to zapewne nie jest trudna zagadka a dla wszystkich innych pewnie też nie bo teraz można wszystko wyguglować.Allora....

środa, 29 sierpnia 2012

Malinki,malinki,malinki

Właśnie teraz rozpoczęła się u mnie pełnia sezonu malinowego.Taka odmiana.Mogłyby również owocować w czerwcu ale wiosną wycinam im wszystkie zeszłoroczne pędy i czekam na owocowanie tych jednorocznych. Dzięki temu ,że rośliny nie osłabiają się wcześniejszym owocowaniem, to jesienne jest obfite i zdrowe.Bardzo odpowiada mi ten czas ,bo jest go trochę więcej  aby zrobić z nich coś pysznego.Kto nie lubi malin?( niech nawet się nie przyznaje). Maliny lubi nawet mój młodszy syn , który w zasadzie z owoców jada jeszcze tylko arbuza i sok z pomarańczy ale przecedzony przez gęste sitko.W malinach jest więc na pewno coś wyjątkowego. Syrop malinowy jest niezastąpiony do lodów oraz do sernika.Ciekawy jest efekt ,gdy się go podgrzeje.Wczoraj robiłam pierwszą partię syropu a dziś z koleżanką opróżniłyśmy flaszeczkę bo przecież trzeba zdegustować czy się nadaje. Oj nadaje się i to jak.Przepis bajecznie prosty: Na kg malin -kg cukru (niestety ale to syrop więc cukier musi być).Maliny przecieram przez sito , dodaję cukier i doprowadzam do wrzenia. Po chwili przelewam do słoiczków i pasteryzuję też bardzo krótko.Mało pracy , dużo radości.

trzy dni i trzy morza

Ten wyjazd był trochę zwariowany.Jeszcze w czwartek rano ,myślałam ,że weekend upłynie mi pod tytułem ceramiki z Bolesławca a już w południe wiedziałam ,że jednak jedziemy nad Bałtyk.600km i prawie 10 godzin jazdy,żeby pobyć tam trzy dni.Czyżby to oznaczało,że ciągle mamy w sobie dość młodzieńczego szaleństwa? Rowy,to spokojny port rybacki między Łebą a Ustką.Ładna ,szeroka plaża pełna kolorowych kamyczków.Muszelek nie ma za wiele a bursztynów w ogóle nie spotkałam ale i tak cudne miejsce do niekończących się spacerków z morską bryzą pod rękę.Pierwszy dzień był spokojny i ciepły. Morze ledwo co zipało i było prawie zupełnie niesłyszalne . Horyzont kompletnie się rozlał i niebo z wodą tworzyły niepodzielną przestrzeń.Woda była całkiem ciepła.Dzieciaki jeszcze używały kąpieli a plażę zdobiły kolorowe leżaki, koce i parawany.Zachód słońca zaskoczył niezwykle kiczowatymi widoczkami i cala plaża błyskała fleszami , bo przecież zachody słońca trzeba powielać w tysiącach wersji.
Kolejny dzień ,to zupełnie inne widoki. W nocy popadało i ranek na plaży zaskoczył mnie całkowitą pustką ,nie licząc stadek mew ,które z nudów chyba bawiły się w przenoszenie kamyków.Koło południa wyległy na plaże wszystkie śpiochy. Słońce też. Morze  się nieco wzburzyło ale dzięki temu horyzont się uwidocznił.W porcie czekały mnie kolory i bardzo interesujący żeglarz.Ten pan mieszka na tej łodzi. Nazywa się Jacek Skwarnecki i prowadzi "Bloga z podróży do wszystkich portów".Zajrzyjcie do niego.Jest to nieprawdopodobnie wolny człowiek ale chyba jednak trochę samotny.

Dodaj napis

Kolejny dzień i znowu inna morska odsłona. Obudził mnie niebywały huk.To morze próbowało się wedrzeć na ląd. Jedyne 5 stopni Beauforta.Co się dzieje,gdy jest 10? Mąż miał pomysł ,żeby zostać kilka dni dłużej i przekonać się na własne oczy ale dom zaczął wzywać.



A w lesie niezmiennie przez wszystkie dni kwitły przepięknie wrzosy.