poniedziałek, 28 stycznia 2013

Gdzie kosy zimują


Zastanawiałam się chwilę , czy robić tego posta w takiej postaci. Trwało to zaledwie chwile i decyzja padła : ROBIĆ. Wiem ,że to może być dla wielu z Was przykre ,że za oknem mamy to co mamy a ja tu wyskakuje z wiosennymi widoczkami i to nie jakimiś archiwalnymi lecz przedwczorajszymi .Ten kos był sfotografowany dokładnie przedwczoraj i nie byłoby może nic nadzwyczajnego w tym ,że to kos ,bo i "moje" kosy postanowiły nie odlatywać na zimę do ciepłych krajów, ale ten kos śpiewał. Co rano od godziny piątej lokalnego  czyli naszej szóstej zaczynały się trele ,które jak nic przenosiły żywcem w rejony naszego wczesnego czerwca , kiedy to kosie głosy dają się słyszeć w moim ogrodzie. Już jakiś czas temu odkryłam ,że to najpiękniejsze ptasie głosy . Nigdy dotąd nie słyszałam ich w takiej ilości jednocześnie , mało tego chyba nawet nie słyszałam nigdy dwóch jednocześnie , bo chyba dość skutecznie chronią swoich rewirów.Inaczej było na Gran Canarii . Zasiadały na najwyższych palmach i zaczynały od kulturalnej rozmowy , która z czasem przeradzała się w przekrzykiwania i kłótnie. To wszystko w temperaturach ok. 22 na plusie.


Do Gran Canarii niewątpliwie będę chciała wrócić jeszcze w tym blogu bo ma ona kilka bardzo zróżnicowanych oblicz. Mówią ,że to kontynent w miniaturze i jest tym wiele prawdy. Wyspa ,choć obszarowo niewielka ma wiele mikroklimatów i można tu spotkać wszystkie pory roku jednocześnie. Na południowym wybrzeżu przeżyłam nawet 28 stopni na plaży. Jadąc w głąb wyspy można dostać swoistego rozdwojenia jaźni , bo mamy i temperaturę ok.7 stopni na plusie i kwitnące gwiazdy betlejemskie (czyli zima). Można spotkać pożółkłe liście na winorośli i sady cytrusowe pełne dojrzałych owoców czyli jesień ,no i oczywiście pachnące wiosną łąki i kwitnące migdałowce.

Mnie taki obrazek kojarzy się z naszą Wielkanocą.




Niezidentyfikowany ptaszek bardzo małych rozmiarów (ok 4 cm) , niezwykle ruchliwy i głośny  



Ta kwitnąca na cytrynowo roślinka przypominająca szczawik ( pewnie to jakiś szczawik)  tworzy niezwykle piękne i duże kobierce i rośnie gdzie popadnie (nawet na dachach)




wiosenna łąka.





Poletka obsadzone ziemniakami. W innych miejscach widziałam już takie kwitnące , a w jeszcze innych zbiory ziemniaków. Ponoć z takiego pola zbiera się ziemniaki trzy razy w roku a i tak ich cena jest wyższa niż cena pomarańczy. Wszystko to przez duże zużycie wody do uprawy. Te czarne węże to nawadnianie . I tak trzeba robić z każdą roślinką.

Wiosenny las z agawą jako wielkim chwastem.

Typowy obrazek- wiosna to czy jesień ? Drzewa kasztanowe bezlistne i kwitnące dziko krokosmie. może jednak jesień ? Ale znowu te świeże pola w tle oraz zielone poszycie lasu mówią ,że to chyba jednak  wiosna. i bądź tu człowieku mądry.




Drzewo to nazywa się  DOMBEYA  i nie jest zbyt często widziane na wyspie. Ja spotkałam go  w ogrodzie botanicznym oraz na skwerze w górskim miasteczku o nazwie Terror. Nie znałam jego nazwy ale jeden z Hiszpanów powiedział ,że oni mówią na nie "donbello "czyli "piękna pani"(a tak naprawdę "piekny prezent ")Niestety jak na piękną panią przystało jest bardzo kapryśna i toleruje temperaturę minimalną od 5 do 10 stopni.W mojej encyklopedii jest napisane ,że kwitnie zimą lub latem. Teraz to ja już nawet rozumie o co chodzi  bo już wiem co to za pora roku. Po prostu zimalublato.

Bociany wprawdzie ogrodowe ale chyba nie w głowie im teraz podróż na północ.Ale jeszcze trochę a zatęsknią tak jak i my za nimi .
Wiosno , wiosno , już pora. Zabieraj swoje kwiecie i przybywaj.

piątek, 18 stycznia 2013

Lisbon story

Pomnik odkrywców z Henrykiem Żeglarzem na czele (52 m wys) , na drugim planie Most  25  kwietnia (rewolucja goździków w 1974r) łączy centrum Lizbony z dzielnicami na południowym brzegu Tagu.

Maszka ze swoim bodygardem pod "odkrywcami"z przewodnikiem "Wiedzy i życia" ,z którego i teraz korzystam pisząc posta , bo niestety pamięć zawodna i wiele nazw uleciało.

Aż mi się wierzyć nie chce ,ze to było już taki szmat czasu temu. Wydawało mi się ,ze maksymalnie 5 lat wstecz ale na zdjęciach stoi  wyraźnie napisane Lizbona 2005. To był bardzo spontaniczny wyjazd. Chyba na zasadzie ,gdzie są dostępne bilety lotnicze. Padło na Lizbonę i polecieliśmy zupełnie niezorientowani co i jak i gdzie. Cóż,młodość ma swoje prawa. Teraz już od września wiem , gdzie będę w sierpniu.Nie mówiąc o tym ,że zawsze wiem , gdzie będę podczas śląskich ferii zimowych chociaż ja nie ze Śląska .Ale wracając do tamtego sierpnia .Oczywiście kto by tam wtedy myślał o cyfrowym aparacie.Ja nie myślałam w każdym razie. Miałam swojego Zenita z długą lufą i czułam pełnię szczęścia z tego powodu. Zdjęcia z Portugalii były bodajże pierwszymi zarchiwizowanymi na płycie.Niestety nie wszystkie chcą się teraz otworzyć ale na szczęście mam wszystkie na papierze. I tu czuje tę ogromną wyższość nad cyfrowymi.Innych rzeczy oczywiście można się czepiać ale co ja tam wtedy wiedziałam o fotografowaniu. Zresztą teraz może dużo więcej nie wiem ale trochę więcej czuje. Tak czy siak robię tego posta z kilku powodów.Po pierwsze obiecałam Grażynce Lizbonę moim okiem .(coś jej ostatnio nie ma na blogu dość długo ).Po drugie już dawno chciałam zachęcić do odwiedzenia tego miasta ,bo jest inne niż wszystkie ( w sumie o każdym to można powiedzieć). A po trzecie , to będę niebawem gdzieś tam nad okolicami przelatywać więc pomyślałam ,że to dobry moment. Nie wiem ,jak wygląda Lizbona teraz ale podejrzewam ,że zbyt wiele się nie zmieniła. To co mogło być zniszczone to zostało zniszczone w połowie osiemnastego wieku przez wielkie trzęsienie ziemi .
Widok z zamku św.Jerzego na  Miasto dolne (Baixa)  z charakterystycznymi  ruinami kościoła Karmelitów ,pozostawionymi na pamiątkę  trzęsienia ziemi  1755 roku . Teraz w części ruin mieści się muzeum archeologiczne.

 To co trzeba  było odbudować , odbudowano bardzo szybko a co trzeba było dobudować też sukcesywnie dobudowywano przez te wszystkie lata. Ogromny bum nastąpił z okazji expo 89.Wtedy to powstało wiele nowych inwestycji .Jedna z nich to lotnisko.Tutaj postawiliśmy swoje pierwsze kroki  na Portugalskiej ziemi i tutaj zostaliśmy po raz pierwszy mile zaskoczeni.Potem ,gdzieś w przewodniku doczytałam ,że Portugalczycy to bardzo uprzejmi ludzie i przyznam ,ze nie ma w tym ani ciut przesady. Stoimy w kolejce po taksówkę a Portugalczyk ustępuje nam pierwszeństw i to tylko dlatego ,ze jesteśmy obcokrajowcami. Hmmm , u nas na Okęciu raczej nie do pomyślenia. Taksówkarz ,oprócz tego ,że otwiera nam drzwi , pakuje bagaże ,bezpiecznie zawozi pod hotel i kasuje nas według licznika -też coś raczej niespotykanego u nas. W hotelu a właściwie to był hostel obsługa tak miła ,że naprawdę coraz dziwniej się czułam . Informują nas o specjalnych biletach komunikacyjnych dla turystów.Dziwna sprawa ,bo tygodniowy bilet ma raczej symboliczną cenę i jest ważny na wszystkie środki lokomocji w mieście łącznie z windami .Bo musicie wiedzieć ,ze Lizbona jest mocno zróżnicowana poziomami i niekiedy ,żeby sobie skrócić drogę z dołu do góry i odwrotnie , zastosowano windy miejskie.
Winda miejska Elevador de Santa Justa.Łączy  Baixę i położoną wyżej Bairro Alto.  Na szczycie jest kawiarenka i fajny punkt widokowy .

Widok z windy na  Rua  do Ouro  (pięknie wybrukowana , pełna sklepów i straganów)

 Tramwaj , to bardzo popularny środek lokomocji w tym mieście i naprawdę warto odbyć podróż takim choćby dla samego przejechania się. Oczywiście do środków lokomocji wchodzi się gęsiego z grzecznie ustawionej kolejki a co robią Portugalczycy?- oczywiście przepuszczają turystów.



 Poza tym Potrtugalczycy są bardzo spokojni i może trochę nieśmiali ale jak już się podejmie rozmowę , to ...oj oj mają bardzo dużo do powiedzenia .Po kilku przykładach mogę zgeneralizować ,że są świetnie zorientowani w tym co się dzieje na świecie a nawet przyznam ,że jeden taki pan ,mocno nas zawstydził znając takie szczegóły z historii Polski ,o których nie jeden Polak pewnie nie wie do tej pory. Mówię o historii najnowszej. A był jedynie marynarzem.Gdybym chciała pisać o wszystkim co mi się tam podobało i co widziałam to pewnie musiałabym z tydzień to robić. Lizbona ,oprócz bardzo przyjaznych ludzi , to niezwykłe miejsca: Stara Alfama , gdzie niektóre mieszkania są takiej wysokości ,że trzeba chodzić pochylonym( Portugalczycy to dość niski naród); niezwykła Baixa(dolna dzielnica) odbudowana po trzęsieniu ziemi z geometrycznym układem ulic i z placem Rossio ,przy którym mieszkalismy; Bairro Alto -bardzo malownicza część miasta z knajpkami , do których chodzi się posłuchac fado późną nocą ; Belem -skąd odpływali odkrywcy no i oczywiście całkiem nowe miejsca w tym mieście jak chociażby piękne akwarium -drugie co do wielkości na świecie.

Widok na Alfamę  z Miradouro de Santa Luzia.Alfama  to najstarsza zachowana dzielnica miasta , która nie ucierpiała tak bardzo w trzęsieniu ziemi. Do tej pory zachował się tu stary układ zabudowy- wąskie i strome ,pełne uroku uliczki.

Widok z Dolnego miasta na twierdzę świętego Jerzego.Place i ulice tej części miasta są pięknie wybrukowane i ma się wrażenie ,że wypolerowane i śliskie ale to tylko złudzenie.


Spotkanie klasowe po latach ?  To tylko moje przypuszczenia ale panie były w pełnej gali.Chciałabym doczekać z moimi koleżankami takich chwil.



Niestety wielu miejsc , nie jestem już w stanie zlokalizować .Ani nie wiem skąd zrobione zdjęcie ani nie wiem co przedstawia. wiem tylko ,że to widoczki Lizbony.

 Oczywiście muzea ,kościoły ,ceramiczne azulejos, suszony dorsz ,którego pod kilkoma postaciami miałam możliwość smakować (Portugalczycy ponoć mają 365 sposobów na jego przyrządzenie), owoce morza ( nie przekonałam się tylko do ośmiornicy a wspominany wcześniej marynarz powiedział ,że jak mi w tej knajpce nie posmakuje to  już nie posmakuje mi nigdzie ,bo tam ponoć najlepsza), wiśnióweczka pita na stojąco na ulicy sprzedawana w "kioskach ruchu" (Portugalczycy pili w plastikach ale turystom serwowano w szklaneczkach) no i wszędzie Vasco da Gama (wszystko co tylko możliwe nazwane jego imieniem). Taką Lizbonę zapamiętałam i chętnie wróciłabym ale ten lot będzie trochę dalej.

Torre de Belem. Z tego miejsca wyruszali żeglarze odkrywcy. Dziś mieści się tam muzeum .Można dostać zawrotu głowy od chodzenia krętymi schodkami.Warto jednak wyjść na sam szczyt ,bo tam czekają nas piękne widoki na Tag ginący w oceanie.

Ewidentnie oko mi skrzywia w prawo ale nie mam lepszego zdjęcia tego miejsca a jest to Klasztor Hieronimitów. Budowla pochodzi z czasów odkryć geograficznych , wybudowana w stylu manuelińskim(znanym tylko w Portugalii) podobnie jak wieża w Belem. Klasztor też znajduje się w tej dzielnicy i wart jest obejrzenia również od wewnątrz.

Pisałam ,że Portugalczycy to niski naród .Wycofuję sie z tej opinii.Tacy przystojniacy pilnują prezydenta.

Jedyni policjanci jakich spotkałam w Lizbonie to Ci właśnie. Co zrobili panowie widząc ,że chcę im zrobić fotkę ? Oczywiście zatrzymali konie i dali mi chwilkę w bezruchu. Potem podziękowali jeszcze .

Jest też nowa Lizbona i taki budynek w kształcie żaglowca. Oczywiście nosi imię Vasco da Gamy.

dla zupełnego kontrastu Lizbona ruderalna.

Na drugą stronę tagu można przejechać kolejką linową , przejść kładką (na pierwszym planie) lub przejechać 11 kilometrowym mostem imienia oczywiście Vasco da Gamy.
Bardzo jestem ciekawa , czy kryzys jaki dopadł Portugalię zmienił zachowania jej mieszkańców .Czy pomimo trudności dnia codziennego pozostali uprzejmi i przyjaźnie nastawieni do turystów. Oby. Tego im , sobie i turystom życzę . A teraz lecę szukać wiosny . ps. "Lisbon story " to bardzo niekomercyjny film z 1994 roku. Jeśli chcecie zasmakować klimatu tamtego miejsca , to oglądając go na pewno poczujecie choćby dzięki muzyce zespołu "Madredeus".

wtorek, 15 stycznia 2013

ogród północny

Przyznaję ,zaklinałam wiosnę ale dałam spokój.Ładnie się zrobiło. Roślinom pod śnieżną kołderką nie straszny mróz więc można trochę odetchnąć i pomyśleć o wiosennych planach. Przyznam ,że zasypiam z widokiem mojej jednorocznej rabaty obsianej różnościami. Oczywiście rabata jest już w fazie dorodnego kwitnienia czyli przenoszę się w czasie w okolice czerwca pomijając trudny marzec i kwiecień, kiedy to ten kawałek ziemi mający być rabatą trzeba będzie odpowiednio przygotować. O tym póki co nie myślę. Myślę o wielu miejscach w ogrodzie, którym przydałyby się zmiany.Może powiększę warzywnik a przynajmniej poczynię jakieś kroki ku temu zmierzające? Może wreszcie coś ruszy ze szklarnią ? Może stodoła doczeka się remontu? Może , może .....Zobaczymy co czas przyniesie. Póki co zajrzymy do ogrodu północnego.
Widok z północnego okna
 Jeśli zajrzy tu właścicielka 'Moczarowego ogrodu" to pewnie uśmiechnie się przyjaźnie , bo to ona natchnęła mnie żeby podzielić ogród według stron świata.Pomysł banalnie prost ale jakoś wcześniej na to nie wpadłam. Ogród oczywiście w sposób naturalny tak się dzieli bo dom stoi dokładnie w samym środku działki na osi wschód -zachód,ale żeby go nazwać południowym, północnym , wschodnim i zachodnim , musiałam odkryć "Moczary".Tak więc , to co do tej pory głównie Wam pokazywałam to był ogród południowy, czyli frontowy.Kiedyś opiszę dokładniej co i jak a może nawet i narysuję ale dzisiaj pójdziemy tam , gdzie w zasadzie mało kto ma wstęp.Za granicę północnego ogrodu (nazywanego kiedyś łąką) przyjęłam linię będącą przedłużeniem północnej ściany stodoły oraz cienistego tarasu od północnej strony domu

funkiowa ścieżka do kompostownika i fabryki ziemi

ta sama ścieżka z widoczną ogromną leszczyną

północna ściana stodoły

Fragment łąki kwietnej tu z przewagą żłocienia

dzwonki z łąki kwietnej

.Gdy kupowaliśmy ten teren przed ponad dwudziestu laty granica północnego ogrodu była bardzo wyraźna ,ponieważ poprzedni właściciele postanowili w tym miejscu odgrodzić się od świata wysokim drewnianym parkanem.  My zastaliśmy już tylko wyłącznie jego szczątki ,ponieważ miejscowa szlachta przygarnęła  go sobie na opał.Łąka przez lata nie wykaszana  przedstawiała marny widok zwłaszcza wczesną wiosną. Dużo trzeba było włożyć pracy w to aby wreszcie się zazieleniła. Fajnie jest mieć kawałek łąki tuż za oknami ale jest to bardzo trudna rzecz do utrzymania zwłaszcza gdy teren od północy ma dość duże nachylenie.
Łysa czereśnia wczesną wiosną a dalej leszczyny. Drugie okno dachowe od lewej to moja klitka , w której siedzę i pisze to wszystko

schodki z tarasu i trawa po zimie

W tym momencie przeważnie kłócę się z mężem ,że jeszcze nie kosimy broń boże

kocyk

kocyk cd

łaka kwitnie a czereśnia przekwitła 


łąka się obrosiła
Przyszedł mi więc pomysł ,żeby łąka z czasem stała się lasem. Ponieważ lubię szybkie efekty , więc postawiłam na zasadzenie drzew  z dużymi pniami.Od razu przyznaję - to był głupi pomysł. Drzewa ,mimo ,ze sadzone z bryłą korzeniową  długo chorowały i naprawdę minęło sporo czasu zanim coś ruszyło.Szybciej rosły jakieś przypadkowo wsadzone patyczki niż te" wypasione okazy na kilkumetrowych pniach".Przyznam ,że nie miałam jakiegoś sprecyzowanego założenia i wybierając odmiany sugerowałam się głównie tym ,ze tego jeszcze nie mam . Ważne jednak było to aby nie były to jakieś rarytasy obcego pochodzenia , lecz rodzime rośliny dobrze i szybko rosnące.Tak więc zasadziłam lipy, klony polne,kasztanowce, dęby, jarzębiny.Las miał być liściasty ale pewnego ciepłego grudnia dosadziłam świerki ,które zostały po świętach a potem czynność kilkakrotnie powtórzyłam .tak więc las stał się mieszany.Las , to na razie zbyt szumnie brzmi ale mam nadzieję ,że kiedyś zaszumi i da tyle cienia ,że nie będą już potrzebne wykaszania.
te choinki poświateczne już troche wyrosły

wczesną wiosną widac kościół, później już nie za bardzo

Nie widać już koscioła ale słychać

świerk serbski  też poswiąteczny

Pod tą jarzębiną zwichnęłam kostkę. śliska taka trawiasta ścieżka

Dąb mi urósł trochę 

Kasztanowiec zakwitł

z okna dachowego

lipa już jesienna

czeresnia kwitnie 

 Szczerze mówiąc już mi żal tej łąki. Gdybym sadziła ten las teraz, zdecydowałabym się prawdopodobnie na
samą brzozę .  Co jakiś czas nachodzi mnie mysl ,żeby wszędzie ponasadzać młode brzózki i jak już będą dostatecznie duże to wszystko inne pousuwać . Jedynie cebulowym pozwoliłabym rosnąc w mojej brzezinie. I tak na stare lata miałabym taki bezobsługowy ogród. A może mi się tylko wydaje ,że bezobsługowy. Pewnie zaraz gdzieś znalazłabym miejsce dla jakiejś róży ,itd,itd.No i jak by się to miało do wizji mojej rabaty jednorocznych,  powiększonego warzywnika ,do nowej rabaty bylinowej .Zdecyduj się wreszcie kobieto ,czego Ty chcesz..Ale wracając na północny stok. Zaraz przy tarasie rośną trzy leszczyny, wielka dzika czereśnia ,o której pisałam kiedyś  i dorodna już lipa, pod którą mam sznurki do suszenia prania
Deszcz leje wiec robię zdjęcie przez okno

po obu stronach schodków rosną cebule i paprocie

Tu gdzieś jest skarb
Brzóz nie sadziłam ale są

zachód słońca prawie na północy

suszy się

Północne konwalie zakwitają o jakies 10 dni później niz południowe. mam je długo
Nad nimi jest sypialnia. Nic wiecej nie powiem

. Taras załapuje się tylko na popołudniowe promienie słońca ale też rozproszone przez rosnące wokół drzewa -dwie duże brzozy ,kilka jesionów, orzech włoski, robinia , klony.Między leszczyną a czereśnią jest zakopany skarb. Jeden z radiestetów po tupnięciu nogą ocenił jego wiek na jakieś 500lat a drugi zmierzył ,że trzeba by kopać 12 metrów w głąb.Podejrzewam ,że może to być jakiś kawałek narzędzia pozostawiony przez dawnego gwarka ,bo trzeba wam wiedzieć ,że prawdopodobnie cała moja górka była srebronośna. Więksi optymiści wierzą w to ,że skarb to żyła srebra. Póki co zostawiliśmy  ją sobie na gorsze czasy. No i najważniejsze - po górce snują  się duchy i ponoć jest to zarejestrowane na kamerkach  ale szczerze powiedziawszy ,nie odważyłam się oglądać . W każdym razie jeśli są jakieś duchy to raczej dobre i oby chciały robić za krasnoludki.cdn

Iro lubi pobuszować w trawie