czwartek, 14 lutego 2013

Jak to było bez altanki


Pierwsze lato w naszym ogrodzie. Jak widać kwiaty , głównie jednoroczne.Nagietki ,aksamitki , nasturcje , mieczyki. Róże ,to te które przetrwały lata zaniedbania. Jeszcze wtedy nie wiedziałam ,że tak je pokocham.


Placyk przed domem zasiałam trawą ,żeby dzieci miały miękko i się zbytnio nie brudziły ( i tak się brudziły).Paprocie po prawej i po lewej stronie zdjęcia to wieloletnie okazy(już wtedy były dorodne) . Są do dziś w nienaruszonym stanie.Za paprocią po prawej widać kawałek pochylonego pnia . To jabłonka , za którą za lat ponad 10 stanie altanka. Co z tego jeszcze zostało?

To dokładnie to samo miejsce . Widać fragment muru stodoły i konary starego lilaka. Paproć ta sama .Róża po poprzedniej właścicielce ogrodu , niestety ubiegłej zimy nie przetrwała .Nie ma już trawnika tylko granitowy bruk. Od miejsca ,gdzie na poprzednim zdjęciu drewniana belka zapobiegała wypłukiwaniu się ziemi podczas deszczu ( i tak się wypłukiwała) zaczynają się schody, już mocno w tej chwili zarośnięte.

No i mamy kwietniową paproć tę samą co na starym zdjęciu  po prawej stronie. :-)

A tu widać najlepiej. Ten pochylony pień to jabłoń, pod którą teraz stoi sobie altanka.W tle sosna i jedna kulka bukszpanu ,którą przywlekłam z ogrodu mojej mamy. Aneczka zasłania drugą.


Ta sama jabłoń ale już inne tło. Jest dom i jest altana.


Są też wspominane bukszpany i ich dzieci.

I kawałek sosny też wystaje zza domu ,no i Aneczka jest trochę duża jakby.


A taka była mała i słodka jak te jabłka ,które i teraz są takie. Z tym ,że teraz w tym miejscu , gdzie stoi kosz wije się ścieżka do naszego domu. No i tak to bez altanki było. Inaczej. 20 zim robi swoje.

wtorek, 12 lutego 2013

Jutro będzie inaczej


Lat temu sporo ,za zwrot pieniążków z tytułu zamążpójścia (trzeba było u jubilera, u którego dokonywało się zakupu obrączek , przedstawić zaświadczenie z USC ,że zawarło się związek małżeński i wtedy zwracano cześć  wydanej kwoty:-)) kupiliśmy z mężem pewnie pierwszą naszą wspólną książkę. Nie kłóciliśmy się przy tym wcale i wybór padł na album fotograficzny "TATRY" Milića Blahouta i Pavla Repki.Lubie go oglądać po dziś dzień bo i wspomnień z samym dniem zakupu sporo a zdjęcia też nic przez lata na uroku nie straciły. Książka ta a właściwie zdjęcia w niej umieszczone na pewno wywarły duży wpływ na moje postrzeganie świata i utrwalanie go na kliszy. Na jej pierwszych dwóch stronach znajduje się osiem fotografii . Są to zdjęcia robione temu samemu obiektowi (szczyt góry i drzewo na polanie na pierwszym planie) i z tego samego miejsca ale o innych porach roku i dnia. Te zdjęcia to motto całej książki  ." W życiu człowieka i w przyrodzie nie ma powtórzeń .Są tylko wyjątkowe i zawsze przemijające chwile -momenty różnorodne,wielokształtne jak szkiełka mozaiki i z nich składa się życie i składa się przyroda." A ja sobie to motto pozwoliłam zapożyczyć do mojego dzisiejszego posta. Słowa pełne nadziei ,że jutro znowu będzie inaczej , może cieplej ,słoneczniej. No na pewno inaczej .













środa, 6 lutego 2013

Małgosia

Dziś , gdy znowu spadł śnieg a wiosna dała krok w tył , ta roślinka cieszy jeszcze bardziej. Żywa zieleń jej drobniutkich listków łapie nas za oczy i zabiera w krainę wiecznej zieloności. Z roślin tak zwanych pokojowych jest to jedna z moich najulubieńszych. Po pierwsze jest niezniszczalna a po drugie jestem przez nią mocno związana z pewną osobą a właściwie już tylko ze wspomnieniem o niej. Małgosia ,była moją bliźniaczą kuzynka. Urodziłyśmy się w tym samym dniu. Ona była zaledwie kilka godzin starsza. Rodzinna anegdota mówi ,że nasi rodzice spotkali się na uroczystościach chrztu starszej od nas o 10 miesięcy kuzynki . Ponoć tak bardzo spodobało im się maleństwo ,że nie zważając za bardzo na swój wiek i na to ,że mają już dorosłe prawie dzieci , postanowili niezwłocznie powiększyć rodziny. Nasza starsza kuzynka urodziła się w lipcu a chrzest prawdopodobnie odbywał się w sierpniu. My z Gosią urodziłyśmy się końcem maja następnego roku. Jakby nie liczyć wszystko się zgadza. Przez wiele lat wszystkie trzy wspólnie spędzałyśmy lato raz tu raz tam (na tamte czasy to były zawsze ogromne wyprawy , teraz to 3 godziny samochodem ).Coraz częściej jednak ciocia Joanna nie zgadzała się na wyjazdy Gosi. Byłyśmy oczywiście zawiedzione ,bo siedzieć cały czas u niej też nam się nie chciało. Goska zresztą też coraz mniej chętnie brała udział w naszych zwariowanych zabawach. Raczej nie oddalała się zbytnio od domu ,podczas gdy my z Elisabeth podbijałyśmy coraz to nowsze i dalsze rewiry.Nikt nam tego nie powiedział ale Gosia już wtedy zmagała się z chorobą.Zaraz po naszych osiemnastych urodzinach przyszła diagnoza : gościec stawowy. Nie było internetu ale z wszelkich istniejących źródeł dowiadywałyśmy się co to . Nie było dobrze. W ruch poszły wszystkie możliwe środki aby leczyć i umarzać ból.Bywało lepiej i gorzej. Jak było gorzej Gosia nie chciała nikogo widzieć. Jak było lepiej wyszukiwała sobie osoby , którym było jeszcze gorzej i pomagała ile tylko mogła. Pomoc innym i to ,ze czuła się potrzebna trzymały ją przy życiu. Odeszła mając 45 lat. Nie było łatwo się z tym pogodzić ale wiem ,że ona już tak chciała, że była już bardzo zmęczona. Soleirolia , to roślina od niej właśnie. Kochała się otaczać kwiatami. Swój maleńki przedokienny ogródek miała zawsze pełen kwiecia a domowe parapety były obstawione miedzy innymi soleirolią. Mówiła ,że póki ta roślina żyje to i ona będzie żyć. Mam ją u siebie już od ponad 10 lat. Co wiosnę odmładzam stare rośliny , robiąc dużo nowych sadzonek. Wciskam je wszędzie gdzie się tylko da. Jedyne czego jej trzeba to woda i światło. Najlepiej gdy jest lekko rozproszone. Podróżując po Włoszech spotkałam piękne kobierce tej rośliny rosnące miedzy kamieniami ścieżki. To prawda ,że znosi chłód i nawet przysypana śniegiem nie martwi się zbytnio. Jednak nasze mrozy ją zabijają. Myślę ,że oranżeria byłaby świetnym miejscem dla niej. I tym sposobem ,gdy patrzę na tę zieleń, gdy dotykam jej delikatnych listków , myślę sobie - ech Małgosia.

















piątek, 1 lutego 2013

Pachniemy wiosną



Moje drogie , sprawa się rypła ,że tak powiem.Wy wybrałyście a ja wybrałam i wylosowałam.A więc w wolnych i demokratycznych wyborach największą liczbę głosów zdobył baner nr. 1 .Czy to znaczy ,że najbardziej się podobał ? No nie do końca , bo podobał się dwudziestu z Was. 54 z Was wybrały inne banerki w tym 15  głosów dostał banerek z kubkiem i kotem a 13 sweterkowy. Na tym właśnie polega demokracja a ponieważ sama ustaliłam takie reguły więc je szanuję i ogłaszam ,że baner nr.1 jest najpiękniejszy(chociaż przecież wcale nie musi być piękny no ale takie kandydatury zostały wystawione i coś trzeba było wybrać chcąc mi chociażby sprawić przyjemność). Czy mnie wybór zaskoczył? I tak i nie. Sama go lubiłam i byłam z niego dumna ,bo udało mi się zrobić go na dobry początek bez niczyjej pomocy. Jednak  po pewnym czasie doszły mnie odczucie ,że trochę smuci. Ale może to wszystko wynikało z porównywania .się do innych kolorowych , jasnych , wdzięcznych banerków? Dlatego też  kolejne banerki dostały więcej koloru i światła  chociaż cały czas jakaś taka mgiełka nad nimi się unosi.Pewnie wynika to z mojej mglistej natury .Szczerze mówiąc nie wiem czy mam "mglistą naturę " ale z czegoś ta mgiełka musi wynikać. Powiem ,że konkurs tak naprawdę niczego nie rozstrzygnął.Nadal nie wiem jaki będzie mój kolejny baner. Chciałabym zrobić coś ,co byłoby moją trwałą wizytówką. Ale skoro sama jestem bardzo zmienna ,to nie wiem czy mogę mieć stały banerek. Zresztą , jest tyle ważniejszych rzeczy . Przekonałam się o jednym- jesteście bardzo różne i to ogromnie mnie cieszy. Nie tylko po upodobaniu  banerków doszłam do takiego wniosku. Najbardziej zadziwiły mnie Wasze sympatie zapachowe. Ogromnie się cieszę ,że pachniecie tak różnie.Bałam się ,że jak mantrę będziecie powtarzać nazwę tego samego flakonika , a tu okazuje się ,że tak jak i kształty nosów są różne tak i ich konstrukcja powaniająca.No i fajnie. Dodam jeszcze ,że ja miałam trochę trudniejszy wybór i demokratycznym trudno go nazwać.Z tylu tysiecy zapachów,jakie znajdują się w perfumeriach musiałam wybrać jeden dla kogoś kogo nie znam a nawet wybierając nie miałam pojęcia ,kto to będzie i jakie dotychczas zapachy preferował. Musiałam oprzećsię o  jakieś kryteria. Po pierwsze nie mógł to być zapach przez Was wymieniany ,bo  najłatwiej byłoby komuś kupić  zapach jakiego używa. Pójście na łatwiznę  zupełnie nie w moim guście. Drugi warunek , to nie miało to byc nic obnoszonego a trzeci powinno pachnieć wiosną bo jednak chciałabym jakoś Was zadowolić swoim wyborem a większość z Was( tylko Basia wspomniała o jakimś zapachu z rodzaju unisex i dostanie takie jak nie pogardzi  flakonikiem  J'ose EISENBERGA :-) ) opowiedziała się za świeżym ,wiosennym woalem. Jak takich szukać? Najpierw w ruch poszły oczy i wypatrzyły coś takiego
obrazek z sieci
Wiosna całą gębą jak się to mówi.Zapach mnie zaintrygował na tyle ,że z miejsca kupiłam 100ml. Oczywiście od razu przystąpiłam do bardzo intensywnego testowania. Mnie się podoba ale .........to taka nieco lżejsza wersja COCO Mademoiselle więc nie wiem jak na takie zapachy reagują młode dziewczyny ,które tu na blogu są jednak w większości. Zapach z głową między cytrusami ;różą,fiołkiem , jaśminem,konwalią lilią w sercu ; oraz heliotropem ,cynamonem ,sandałowcem ,jabłonią i oleandrem w bazie.Oczywiście to wszystko doczytałam w necie. Swoją drogą masę rzeczy odkryłam przy okazji a przede wszystkim to ,że to co jedni mogą wielbić inni mogą nienawidzić (fora). Zestaw więc jak widać bardzo wiosenny ale może ciut przeładowany i dla młodych może trochę za słodki. Postanowiłam więc szukać dalej i przypomniał mi się zapach ,do którego jakiś czas temu się przymierzałam ale na zimę wydawał mi się mało odpowiedni. Znalazłam i odkryłam ,że jest też dostępny w postaci wody toaletowej co mnie całkowicie do niego przekonało. To Signorina SALVATORAE FERRGAMO .

 Brzmi prawie jak Mademoiselle ale pachnie zupełnie inaczej przede wszystkim dlatego ,że powstał w pięknej wiosennej Florencji. Cytując za znawcami z forów zapachowych głowa tego zapachu to jaśmin ,piwonia , róża ,czerwona porzeczka. W sercu ma śmietanowy deser panna cotta (znowu panna) a w bazie piżmo i paczula. I rzeczywiście pachnie jak świeży deser spożywany we Florencji w maju dwa lata temu ,gdy wokół pachniało wiosenne kwiecie zraszane ciepłym deszczem. Jakże się ucieszyłam z mojego losu (los czasem mądrze wybiera ). Wiosną w tym roku zapachnie Lola.(ewentualnie obdaruje mamę :-)). Jestem ciekawa co powie na mój wybór.

 Tak więc nagrodą jest 50 ml Signioriny oraz dodatkowo odlane z moich 10 ml  CH HC L'eau Caroliny Herrery (myślałam ,że kupię u nas 30 ml ale niestety w naszych perfumeriach ten zapach jest niedostępny mimo ,że premiera była w 20011 roku). Dodatkowo , postanowiłam obdarować pierwszy komentarz pod  tym postem oryginalną pięciomililitrową miniaturką Signioriny . Wszystkim dziewczynom bardzo dziękuję za udział w zabawie i mam nadzieję ,ze wrócę jeszcze kiedyś do tematu ponieważ nie odrobiłam  zadania domowego , które sama sobie zadałam .Otóż zrobiłam listę zapachów ,o których wspominałyście w swoich komentarzach i mam zamiar we wszystkie zapuścić swój nochal. Ponieważ jednak mogę rozpoznać jedynie 3 zapachy za jednym podejściem więc trochę mi to czasu zajmie. No i napiszę o tym jak to z moimi zapachami bywa .


ps. gdzie w sieci można znaleźć maszynę losującą bo przyznam ,że robienie losów już mnie trochę nudzi a poza tym  nie do końca jest to pewnie dla Was wiarygodny sposób wyłaniania zwycięzców.