wtorek, 21 stycznia 2014

ugotowana



Minęły już prawie cztery miesiące od powrotu z toskańskich warsztatów kulinarnych (jak ten czas leci ) a ja ciągle jeszcze nie zdałam relacji. Dodam ,że to nie jest moja najstarsza zaległość. Pamiętam ,że miałam zrobić posta o roślinności pogalenowej , o mojej wsi , o konikach, o rumuńskich Polakach ...itd. Miał być też plan ogrodu południowego ,trasy moich rowerowych wycieczek i pewnie jeszcze wiele inności. Trochę mnie to przytłacza i nauczkę mam jedną : niczego publicznie nie obiecywać. Wracając do tematu kursu - teraz to nawet sobie myślę ,że to dobrze ,że nie zrobiłam tego posta na świeżo. Cóż bym wtedy mogła napisać ? Pewnie skończyłoby się przepisami przeniesionymi prosto z notatnika. Dziś mogę powiedzieć trochę więcej ,bo dziś już wiem co tak naprawdę kurs mi dał. Ile mi z niego zostało i co zmieniło się w moim podejściu do gotowania. Po pierwsze ,muszę zacząć od Elisy czyli naszej szefowej kuchni.

 To z jakim wdziękiem wykonywała wszelkie kuchenne prace wzbudzał zachwyt i zazdrość jednocześnie.I ja nie mówię tu o popisowym podrzucaniu patelni lecz o zwykłym z pozoru krojeniu pomidorów albo na przykład wrzucaniu przypraw do garnka. Staram się o tym pamiętać , gdy się krzątam wśród swoich garów. Druga rzecz, to jej niezwykły spokój. Sorry, ale ja gdy miałam mieć kilka osób na kolacji wpadałam w popłoch i panikę i mimo ,że raczej jestem gotującą z pasją , to w takich momentach najnormalniej świrowałam. Potwierdzą to najbliżsi , którzy najlepiej gdy schodzili mi wtedy z drogi ,bo goście znaczyło tyle co niebezpieczeństwo zbliżania się do kuchni. Nie wiem , czy jesteście zdolne w to uwierzyć ale ....jestem o niebo spokojniejsza. Sprawdziłam to przy okazji ostatniej Wigilii a potem Sylwestra. Po prostu spokój. A dzieci pytały : mamo , czy nikt do nas nie przychodzi ? .....Elisa ,prowadziła z nami trzygodzinne zajęcia od 15 do 18. Czasami się przedłużały a o 20 zaczynała się kolacja. Zawsze było na niej przynajmniej kilkanaście osób. I jej siła spokoju i zawsze plan działania.





 Teoretycznie to my miałyśmy te kolacje szykować ale tak naprawdę nie było to realne , bo zazwyczaj niewiele z tego ,co było przez nas przygotowywane ,było w stanie przetrwać do 20. Mówi się ,że kucharz nie jada swoich dań ,no i w sumie to prawda ,bo Luisa zapytana ,jak jej się udaje utrzymywać taką gibkość ,przyznała ,że nie jada a jedynie smakuje. My jednak na smakowaniu nie kończyłyśmy. Kończyło się niestety wielkim obżarstwem. Dodam ,że o 20 zaczynała się kolacja trwająca do 24. Myślę , że po warsztatach wracało w moim aucie nie trzy ale trzy i pół osoby.

 


 Przełom września i października , to był czas grzybów. Szczerze powiedziawszy przepiękne ,dorodne funghi były wszędzie, w naszej kuchni na wzgórzu też. Pamiętam , gdy mama zawsze mi powtarzała ,że grzyby to trzeba długo, długo , długo dusić . No i tu nastąpiło obalenie tej teorii. Grzyby Luisy smażyły się zaledwie 20 minut. Zjadłyśmy i żyjemy i na dodatek były nieziemsko smaczne. Grzybki robiłam tuz po przyjeździe bo przywiozłam sobie świeże z targu w Montale. A niedawno według tego samego przepisu zrobiłam mrożone prawdziwki prosto z Makro.



 Rozdrobnić dwa ząbki czosnku i kilka gałązek zielonej pietruszki. Dać do na patelnie z zimną oliwą, dodać rozdrobnione peperoncino albo jak ktoś woli ,pieprz  i pokrojone grzyby . Posolić i dolać pół szklanki białego wytrawnego wina i smażyć aż odparuje. Chcąc mieć więcej sosu można dolać wody a potem zagęścić według podanego niżej przepisu na zagęszczanie sosu. Smażenie trwa ok. 20 minut.

 Czego nauczyłam się jeszcze przy okazji grzybów?  Otóż, wszystkie składniki , które mamy zamiar smażyć na oliwie, wrzucamy na oliwę wylaną na zimną patelnię i zaczynamy smażenie od temperatury pokojowej . Jedynie pomidory wrzucamy na oliwę wylaną na rozgrzaną patelnię. To ma sens oczywiście tylko wtedy , gdy smażymy na prawdziwej oliwie. Wiadomo ,że nie może nam się ona spalić a ma dość niską temperaturę palenia. Z pomidorami jest łatwiej bo mają sporo wody więc raczej nie ma obawy ,że się spalą na dobry początek. Druga rzecz , to dodawanie podczas smażenia grzybów białego wytrawnego wina. Przyznam ,że to była dla mnie nowość i sobie ją przywłaszczyłam na zawsze. Następna rzecz, która zrewolucjonizowała moją kuchnię i dlatego też nie napiszę już kolejnego zaległego posta o zasmażkach ,to sposób zagęszczania sosów. Dzięki Ci Eliso!!! Kocham Cie za to ,chociaż to takie banalnie proste i być może tylko ja taka głupia baba ze wsi i tego sposobu nie znałam. No bo do zasmażek to ja nie byłam za bardzo przekonana więc się posiłkowałam beszamelem a tu masz !!!!! trochę oliwy ,trochę maki , kilka obrotów  łygą i jest zagęszczacz. Naprawdę nie trzeba go dużo . Jest genialny, nie zważa się jak to czasem lubiło robić masełko. Sosik jest  taki aksamitny. Tylko mąka i oliwa .Polecam.


 No i doszliśmy do oliwy. Wiadomo jest wszem i wobec ,że Włosi i oliwa to po prostu duet nierozłączny. Wiadomo ,że używają jej dużo. Co to znaczy dużo? Ano właśnie. Mnie się wydawało ,że używam dużo. Teraz przyznam ,że tylko mi się wydawało. Nie wiem czy uwierzycie ale przez ten tydzień pobytu tam, nie użyłyśmy grama masła ( no może tylko do pączków ale paczki podawane o północy to był naprawdę zbytek). Do wszystkiego szła oliwa. Nawet mi do głowy nie przychodziło ,żeby do śniadania pytać o masło. Może nawet gdzieś tam było ale byłby to chyba straszny grzech go użyć , gdy miałyśmy do dyspozycji taką oliwę . Używana była dosłownie do każdej potrawy.  Nie tylko do sałatek , jak to miałam w zwyczaju czynić wcześniej. Na oliwie wszystko się smaży. Jedynie pączki (ten szatański wynalazek ) były smażone na arachidowym oleju. No ale można je sobie było darować. Ha ha .Łatwo mi się teraz mówi ,bo mi tu nie wchodzą do nozdrzy .
To może nie będę Wam o tych pączkach ale sprzedam przepis na równie pyszne dolce a mianowicie cantuccini . Bajecznie proste i szybkie w wykonaniu. Jak koleżanka dzwoni ,że będzie za 20 minut , to ze spokojem możecie zacząć je przygotowywać i zaskoczycie ją ciepłą pysznością do herbatki.


5 jajek
0,5 kg maki
450 g cukru (wiem,dużo ale słodycz ma być słodka)
15g proszku do pieczenia
oliwy ok.100ml
25 dkg migdałów w łupinkach
 Migdały dobrze jest wcześniej (nawet można je mieć zawsze gotowe w lodówce) zalać alkoholem typu amaretto, gin, rum ,Powinny im zmięknąć skórki. 4 całe jaja i jedno żółtko oraz oliwę wlewamy do cukru i mieszamy, potem dodajemy mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i migdały .Szybko zarabiamy . Ciasto jest dość lepiące i nie można go długo przetrzymywać.Formujemy wałeczki takie jak na kopytka .Smarujemy rozrobionym białkiem i można jeszcze posypać cukrem ale moim zdaniem to zbyteczne.


Pieczemy przez 10 -15 minut w temp. 180. Po wyjęciu szybko kroimy na takie większe kopytka:-). Jeśli chcemy aby dłużej się nam przechowywały np. w pudełku to jeszcze je podpiekamy ok.10 minut już takie pokrojone. Szczerze powiedziawszy u mnie przeważnie schodziły na ciepło.
            No i zrobiło się późno a ja jestem ...nie powiem gdzie z tym wpisem. Może ja założę  bloga kulinarnego? Bo przecież nie było o makaronach




( a kupiłam sobie nawet przystawkę do kiciusia i mi wałkuje) o pizzy  nie było i wszelkich pizzopodobnych





, o ragou ,o lazanii , o risotto, o tiramisu, sosie pomidorowym, o truflach i oliwie truflowej , którą uwielbiam od października zaledwie. Dużo nie było .









 Powiem krótko, chciałabym bardzo to powtórzyć .Może tym razem wiosną , by zakochać się w szparagach, karczochach ,sałatach ??????  Chciałabym bardzo tam i w takim towarzystwie.

 I jeszcze na koniec przepis na przyprawę nad przyprawami , przyprawę do wszystkiego a szczególnie do różnego rodzaju mięs:
 w równej proporcji liście szałwii i liście (same listki bez łodyżek) rozmarynu , kilka ząbków czosnku, żółta skórka z cytryny . To wszystko dobrze rozdrobnić w malakserze albo w maszynce do mięsa i zasypać sporą ilością soli. Przechowywać w zakręcanym albo zakorkowanym słoiczku. Zrobiłam sobie zapas tuż po powrocie i ilekroć wsadzam nos w słoik z przyprawą , to przenoszę się do kuchni Elisy. Zapraszam i Was tą drogą.
             

piątek, 17 stycznia 2014

Co by tu zmalować


Lubię kolory. Teoretycznie , to nawet się znam i rozróżniam. Teoretycznie. W praktyce , wygląda to mniej kolorowo. Największy problem , to wybór z tysiąca barw i odcieni . Mebel jest jeden a kolorów - cała paleta. Czym się kierować. Ostatnio wpadłam na pomysł aby dopasowywać mebel do koloru oczu , no ale jeszcze trzeba wybrać czy ma to być kontrast czy harmonia?  I bądź tu mądry. Katalogi, czasopisma , blogi - wcale mi w tym wyborze nie pomagają. Jeśli czegoś jestem pewna , to zazwyczaj na bardzo krótko, dopóki nie zobaczę innej inspiracji. Dlatego , w ostateczności wybór koloru , to najczęściej przypadek. Jeśli okaże się,że kolor jednak chybiony , to przecież zawsze można przemalować.






  Do niedawna to przemalowywanie , nie było sprawą aż tak dla mnie prostą ale z nowym rokiem dokonałam odkrycia farb , które są stworzone dla takich niecierpliwców jak ja. Mowa o kredowych farbach Annie Sloan. Pewnie , dla tych , które od dawna bawią się pędzlami i papierem ściernym , są one dobrze znane. Reszcie polecam bardzo. Najważniejsza zaleta, to to ,że mebla nie trzeba odczyszczać z poprzednich powłok, jedynie odtłuścić . Farby te są szybko schnące. Jedna warstwa schnie ok. 20 minut więc jak ktoś tak jak ja lubi szybki efekt , to może być go pewien. Mogą dać bardzo różnorodne efekty w zależności jaką technikę malowania zastosujemy i jakie wykończenie. Oprócz farb możemy również zastosować woski. Farby mają cudowne kolory podstawowe , którymi można się bawić mieszając i rozcieńczając. No i najważniejsze ,że nadają się do malowania wszystkiego.(koleżanka malowała nimi sukienkę a dziewczyny z pracowni malowały nimi tapicerkę na krzesłach oraz kolorowy "dywan" na betonowej posadzce). W ubiegłą sobotę brałam udział w moich pierwszych warsztatach w pracowni "Patynowy " . Zabawa polegała na przywiezieniu własnego mebla , wybraniu sobie koloru i techniki malowania. Szczęście padło na lustro , jedno z trzech , które uratowałyśmy z koleżanką przed totalną zagładą .(inna koleżanka zastosowała je jako osłony przeciwdeszczowe murków ogrodzeniowych. Ludzie miewają fantazję. Nie chcę wiedzieć coby się stało,  gdyby rzeczywiście ten deszcz spadł). Lustro pochodzi z sosnowej szafy i pierwotnie było przeze mnie lekko przeczyszczone papierem ściernym a potem potraktowane suchym pędzlem maczanym w jakiejś mieszaninie farby akrylowej z pigmentem i niewiadomoczym jeszcze. Gdy to czyniłam ,o farbach kredowych nie miałam bladego pojęcia . Po długich namysłach ( naprawdę dłużej trwało myślenie o tym jaki kolor wybrać od samo przemalowywanie) wybrałam jako pierwszą warstwę farbę "Florence" ( nie sugerowałam się nazwami) . Druga warstwa to "Aubusson blue ". Natępnie bezbarwny wosk, lekka przecierka i znowu bezbarwny wosk. Teraz myślęcoby tu jeszcze zmalować a tak naprawdę , to chciałabym przemalować wszystko ,tylko jaki kolor wybrać? Oto jest pytanie.