poniedziałek, 12 maja 2014

Majowa Toskania

Pomysł tego majowego wyjazdu zrodził się dość spontanicznie pod wpływem  lutowego posta Joasi . http://visitoscana.blogspot.com/2014/02/lepiej-byc-nie-moze.html .(U Niej zobaczycie to miejsce zimową porą ). Oczywiście wtedy nie pomyślałam ,że początek maja to nie najlepszy moment na podróżowanie i pozostawianie ogrodu na pastwę losu a właściwie na wątpliwe umiłowanie do roślin mojego średniego syna. Maciek nie przepada też za naszymi kotami więc i tu byłam pełna obaw czy przeżyją  ten tydzień. Na dodatek nasza najstarsza kotka , jedyna niesterylizowana zachciała niespodziewanie zaciążyć (myślałam ,ze dwudziestoletnie koty już nie mogą) i drżałam czy przeżyje ten poród bez pomocy . Poczekała jednak na nasz powrót i dzieciak urodził się szczęśliwie dwa dni temu. Reszta kotów musiała przyzwyczaić się do spania w kocim domku i misek na zewnątrz. Oczywiście po powrocie wszystko wróciło do normy poza Maćkiem , który jest niepocieszony ,że koty znowu panoszą się na kanapach.  Jednak fakt ,że odpadło mu codzienne bieganie z konewką , mocno go ucieszył. Muszę przyznać ,że rolą podlewacza przejął się aż za bardzo i wiele roślinek było przelanych ale szczęśliwie udało mi się je poratować. Zastanawiałam się czy pisać  tego posta o majowej Toskanii ,bo  pewnie na zbyt rozsądną nie wyjdę . Na dodatek mój maż wyjdzie na ostatnie chamidło ,bo o tym ,że nie może jechać poinformował mnie w chwili, gdy pytałam ile swetrów mu spakować a było to na trzy godziny przed planowanym wyjazdem. Ręce mi opadły i wszystkiego mi się odechciało no ale nie mogłam tego zrobić dzieciakom ,bo mocno się na ten wyjazd nastawiły . Zaproponowałam pierworodnemu i o dziwo nawet się ucieszył tak więc pojechaliśmy w zasadzie w komplecie bo junior też Krzyś i jedynie data urodzenia na ubezpieczeniu się nie zgadzała. Szczęśliwie nic złego nas nie spotkało . Pewnie dla niektórych  ten wyjazd mógłby zostać oceniony jako jeden wielki pech ale dla mnie i tak był udany. Na pewno kolejnym razem zabiorę kalosze , zimową kurtkę i dużo swetrów i zapas imigranu oczywiście. Imigranu mi wprawdzie nie brakło bo miałam trzy tabletki i dokładnie trzy razy miałam migrenę no ale gdy wzięłam ostatnią , dopadł mnie stres co ja zrobię , gdy zaboli mnie znowu. Szczęście wielkie ,że wróciłam bez kataru albo jakiś gorszych rzeczy ,bo po tym chodzeniu ulicami Pienzy ,które zamieniły się w rwące potoki ,mogło różnie się skończyć.Chodziłam na bosaka ,bo moje koturnowe sandałki odmówiły posłuszeństwa i biegły przede mną. Dobrze ,że nie ubrałam tych na słomkowych koturnach . Te szczęśliwie przeleżały cały wyjazd nietknięte w pudełku. O mało nie kupiłam sobie kozaczków ale nie było rozmiaru na moje mokre stopy.

    Wszystkie te pechy i peszki wynagrodziły mi bajkowe widoki. Miejsce , w którym mieszkaliśmy cudownie ulokowane pośród wzgórz Chianti.  Za oknem odbywał się nieustanny spektakl z chmurami w roli głównej. Co chwilę odsłaniały się nowe sceny. Właściwie mogłabym przesiedzieć w oknie cały ten czas. Ale kusiły spacery po zieleniejących winnicach i pełnych dzikich storczyków , irysów, posłonków lasach. Kusiły też wyjazdy do znanych mi już miejsc ale tych nie wspominam najmilej. W Montepulciano tabletka i spanko na parkingu. Potem doszłam do siebie ale się rozlało tak ,że doliną Orcii tylko przemknęliśmy szybko nie zatrzymując się na zareklamowanym przez Joanne festiwalu wina w okolicach San Qurico . Nie mam pojęcia czy przy takiej aurze cokolwiek mogło się odbywać. Siena była oblężona przez pielgrzymów wracających z Rzymu. Myślałam ,że ze słynnymi mozaikami w sieneńskiej katedrze poobcuję sam na sam ale niestety nie było mi to dane. Ale i tak jestem szczęśliwa ,że nie były całkiem zadeptane. Już teraz wiem dlaczego zakrywają je całkowicie w okresie sezonu turystycznego. Florencji odechciało mi się na długo. Zostawiłam dzieciaki przy Duomo i najpierw przesiedziałam przy herbatce a potem powędrowałam się przespać. Gdy doszłam do siebie po kolejnym zażyciu imigranu ( to nie jest kryptoreklama ), nadeszła burza i dzieciaki też już miały dość więc nic nie pozostało jak tylko wrócić do naszej głuszy , gdzie wieczorami można było nasłuchiwać odgłosów puchaczy i porykiwania dzikiej zwierzyny. Wycieczka do san Gimignano , to było wielkie nieporozumienie. Działo się to pierwszego maja i chyba całe Włochy postanowiły zwiedzić to miasto.Nie wiem co nas podkusiło ,żeby wybrać ten dzień ,tym bardziej ,że mieliśmy tam naprawdę blisko i mogliśmy pojechać kiedykolwiek indziej. Oczywiście skończyło się tak ,że przesiedziałam na słynnych schodach przed ratuszem . Tam też zażyłam moją ostatnią ratującą mi życie tabletkę .Dzieciaki zwiedzały miasto a ja przyglądałam się z góry tłumom gromadzącym się na ciasnym placyku i podziwiałam swoistą rewię mody ; trendy wiosna , lato , jesień , zima 2014, bo naprawdę były i futra i gołe plecy i kozaczki i klapeczki . Wszystko było. Brak mi tylko było ostrości wzroku ,żeby móc robić zdjęcia. Na pocieszenie odkryłam całkiem nieznane mi dotąd miejsce i będę wszystkim polecać mocno. To niezwykle spokojne Colle Val D'Elsa. Bardzo żałuję ,że nie chce wgrać mi się filmik , który nagrałam , gdy nagle po wybiciu południa rozległa się nieprawdopodobnie piękna i długa dzwonna melodia. Ich muzyka naprawdę rozbija wszelkie smutki jak i zła pogodę nie tylko ducha. Początek mają to w Toskanii festiwal róż. Latem już ich nie ma ale teraz to absolutny szał kolorów i zapachów. Potrwa pewnie jeszcze jakiś czas ale trzeba się spieszyć by to zobaczyć. U nas dopiero za miesiąc. Póki co moje róże zjadają mszyce . Idę więc truć do ogrodu a Wam zostawiam trochę widoczków .