Dziś , gdy znowu spadł śnieg a wiosna dała krok w tył , ta roślinka cieszy jeszcze bardziej. Żywa zieleń jej drobniutkich listków łapie nas za oczy i zabiera w krainę wiecznej zieloności. Z roślin tak zwanych pokojowych jest to jedna z moich najulubieńszych. Po pierwsze jest niezniszczalna a po drugie jestem przez nią mocno związana z pewną osobą a właściwie już tylko ze wspomnieniem o niej. Małgosia ,była moją bliźniaczą kuzynka. Urodziłyśmy się w tym samym dniu. Ona była zaledwie kilka godzin starsza. Rodzinna anegdota mówi ,że nasi rodzice spotkali się na uroczystościach chrztu starszej od nas o 10 miesięcy kuzynki . Ponoć tak bardzo spodobało im się maleństwo ,że nie zważając za bardzo na swój wiek i na to ,że mają już dorosłe prawie dzieci , postanowili niezwłocznie powiększyć rodziny. Nasza starsza kuzynka urodziła się w lipcu a chrzest prawdopodobnie odbywał się w sierpniu. My z Gosią urodziłyśmy się końcem maja następnego roku. Jakby nie liczyć wszystko się zgadza. Przez wiele lat wszystkie trzy wspólnie spędzałyśmy lato raz tu raz tam (na tamte czasy to były zawsze ogromne wyprawy , teraz to 3 godziny samochodem ).Coraz częściej jednak ciocia Joanna nie zgadzała się na wyjazdy Gosi. Byłyśmy oczywiście zawiedzione ,bo siedzieć cały czas u niej też nam się nie chciało. Goska zresztą też coraz mniej chętnie brała udział w naszych zwariowanych zabawach. Raczej nie oddalała się zbytnio od domu ,podczas gdy my z Elisabeth podbijałyśmy coraz to nowsze i dalsze rewiry.Nikt nam tego nie powiedział ale Gosia już wtedy zmagała się z chorobą.Zaraz po naszych osiemnastych urodzinach przyszła diagnoza : gościec stawowy. Nie było internetu ale z wszelkich istniejących źródeł dowiadywałyśmy się co to . Nie było dobrze. W ruch poszły wszystkie możliwe środki aby leczyć i umarzać ból.Bywało lepiej i gorzej. Jak było gorzej Gosia nie chciała nikogo widzieć. Jak było lepiej wyszukiwała sobie osoby , którym było jeszcze gorzej i pomagała ile tylko mogła. Pomoc innym i to ,ze czuła się potrzebna trzymały ją przy życiu. Odeszła mając 45 lat. Nie było łatwo się z tym pogodzić ale wiem ,że ona już tak chciała, że była już bardzo zmęczona. Soleirolia , to roślina od niej właśnie. Kochała się otaczać kwiatami. Swój maleńki przedokienny ogródek miała zawsze pełen kwiecia a domowe parapety były obstawione miedzy innymi soleirolią. Mówiła ,że póki ta roślina żyje to i ona będzie żyć. Mam ją u siebie już od ponad 10 lat. Co wiosnę odmładzam stare rośliny , robiąc dużo nowych sadzonek. Wciskam je wszędzie gdzie się tylko da. Jedyne czego jej trzeba to woda i światło. Najlepiej gdy jest lekko rozproszone. Podróżując po Włoszech spotkałam piękne kobierce tej rośliny rosnące miedzy kamieniami ścieżki. To prawda ,że znosi chłód i nawet przysypana śniegiem nie martwi się zbytnio. Jednak nasze mrozy ją zabijają. Myślę ,że oranżeria byłaby świetnym miejscem dla niej. I tym sposobem ,gdy patrzę na tę zieleń, gdy dotykam jej delikatnych listków , myślę sobie - ech Małgosia.