Pozwoliłam już wczoraj zrobić sobie losowanie ,mając nadzieję,ż ee nikt więcej do zabawy się nie dopisze:-).I tak też się stało. Grono tym razem bardzo kameralne i o to chodziło. Losowanie wczoraj,bo spotkałam się z jedną miłą blogowiczką ,która zgodziła się odegrać rolę sierotki. Zadnego kumoterstwa nie było ,chociaż sierotka też miała swojego losa. Wyrała:
Aga nie patrzyła , więc poprosiłam ,żeby odwróciła i okazało się ,że to Ataboh. Wiem ,że jej teraz nie ma .Prosiła aby poczekać , więc poczekam.Dziękuję wszystkim , które chciały się bawić. Tymczasem ,po wczorajszym pięknym słońcu i duzym mrozie , dziś przyszło ocieplenie ale za to bez słońca. Dobrze ,że chociaż śnieg rozjaśnia te najkrótsze dni w roku. Mnie natomiast ogarnął jakiś kryzys blogowy. Może to normalne po takim okresie bardzo aktywnego blogowania. Nie wiem jak się to skończy ale póki co mam dość. Wrzuce Wam kilka dzisiejszych fotek ,bo wczoraj nie mialam w ogóle natchnienia chociaż okoliczności były o wiele ciekawsze. Dzisiejsze jakieś takie smutne .Nie , nie , to nie dlatego ,że ja smutna. Taka jakaś senna tylko jestem.Może powinnam na zimę
zasnąć, jak mój ogród? Jak się obudzę , dam znać :-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród zimą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród zimą. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 10 grudnia 2012
piątek, 7 grudnia 2012
Uległam
Z tego co widać za oknem jednoznacznie wynika ,że mamy zimę. Już nie będę dłużej udawać ,że jest inaczej .Biało jest i tyle można w skrócie powiedzieć i zimno jeszcze jest i szczerze mówiąc dziś się zabarykadowałam w domciu i nic, ani nikt mnie z niego nie był w stanie wyciągnąć. O nie , skłamałam. Zrobiłam krok na balkon ,żeby sypnąć ptaszkom i dwa kroki przed drzwi ,żeby sypnąć kotom dzikuskom.I tyle mnie widziano. Za to ja sobie popatrzyłam trochę przez lufę aparatu i mi się czasami coś pstyknęło.
No a jak już mi się znudziło wyglądanie przez okna , to zajęłam się czymś na co przyszła najwyższa pora. Keks.Keks jest tradycją Bożonarodzeniową , którą wprowadziłam do domu ja. Moja mama nigdy się w to nie bawiła. Dawno temu znalazłam przepis w książce kucharskiej i okazał się hitem. A robi się to tak: 20 dkg masła rozcieramy , do tego dajemy 4 zółtka po jednym i po troszku pół szklanki cukru. Ucieramy aż będzie pulchne. W tym czasie przygotowujemy sobie bakalie. Przepis książkowy mówi ,10 dkg orzechów . 10 migdałów, 10 rodzynek ale ja go zmodyfikowałam i daję więcej i do tego jeszcze co tam mam czyli gruszki suszone , daktyle , skórkę z pomarańczy i rozdrobnioną gorzką czekoladę. Wszystkie bakalie opruszamy mąką .Wszystkiej maki ma być 25 dkg na tę proporcje. Gdy masa się utrze ,dodajemy do niej ubite na sztywno białka , mieszamy delikatnie , dodajemy opruszone bakalie , resztę maki i łyżeczke amoniaku rozpuszczoną w dwóch łyżkach wody.Wszystko delikatnie mieszamy i przekładamy do keksówek. Pieczemy ok. godziny w temp.180. Ja bardzo nie lubię , gdy nie podane jest w przepisie na jaką formę wystarcza składników więc podam co zaobserwowałam. Jeśli taką porcję damy do jednej małej keksówki to bedzie katastrofa.Jesli damy do dwóch małych to będzie trochę za cienkie. Albo trzeba mieć sporą keksówkę albo tak jak ja robię z trzech porcji i wypełniam dwie małe i jedną dużą i jest idealnie.Ile pieke keksów ? Nie pytajcie. Zbyt jest duży. Keks ma to do siebie ,że podobnie jak piernik powinien poleżakować z tym ,że o ile piernika świeżego się nie da za bardzo jeśc to keks owszem się da tylko się kruszy przy krojeniu. Ja jeden przeznaczam zawsze na pożarcie lwu , dwóm pannom ( w tym jeden kawaler), najbardziej łakomemu skorpionkowi i mnie przysługuję podwójna porcja jako żem bliźniak. Resztę chowam bardzo skrupulatnie ale tak ,żebym w okolicach świat odnalazła.
I przy okazji podam jeszcze obiecany przepis na wigilijne makówki. Niestety przepis jest na oko więc nie podam ilości składników. Trzeba to robić na wyczucie. Mak prażymy w mleku ( po wypłukaniu po prostu zalewa się taką iloscią mleka aby zakrywał mak. prażyć trzeba na bardzo małym ogniu i nie zapominać o mieszaniu aby nie przywarł) Potem mielimy ze dwa razy.Mak mieszamy z rozpuszczonym miodem. Tu już zdajemy się na własny smak. Siostra moja daje też trochę cukru ,bo mak powinien być słodki. No i bakalie jakie tylko zapragniemy. Im wiecej tym lepiej. Bułkę (najlepiej słodką chałkę ) namaczamy na chwilę w mleku ,mocno odciskamy i układamy warstwę w szklanej misce , na to warstwę maku i ugniatamy, potem znowu chałkę i tak aż ostatnią warstwą będzie mak. Potem to trzeba mocno schłodzić. Makówka nie trzyma się długo , jako ,że nie jest pieczona więc na zapas nie ma co robić ale u nas nigdy nie zostaje. Zdjęć nie mam z wiadomych względów ale obiecuję pokazać po 24 tym :-). I tym sposobem poddałam się wszechobecnej atmosferze świątecznej.
No a jak już mi się znudziło wyglądanie przez okna , to zajęłam się czymś na co przyszła najwyższa pora. Keks.Keks jest tradycją Bożonarodzeniową , którą wprowadziłam do domu ja. Moja mama nigdy się w to nie bawiła. Dawno temu znalazłam przepis w książce kucharskiej i okazał się hitem. A robi się to tak: 20 dkg masła rozcieramy , do tego dajemy 4 zółtka po jednym i po troszku pół szklanki cukru. Ucieramy aż będzie pulchne. W tym czasie przygotowujemy sobie bakalie. Przepis książkowy mówi ,10 dkg orzechów . 10 migdałów, 10 rodzynek ale ja go zmodyfikowałam i daję więcej i do tego jeszcze co tam mam czyli gruszki suszone , daktyle , skórkę z pomarańczy i rozdrobnioną gorzką czekoladę. Wszystkie bakalie opruszamy mąką .Wszystkiej maki ma być 25 dkg na tę proporcje. Gdy masa się utrze ,dodajemy do niej ubite na sztywno białka , mieszamy delikatnie , dodajemy opruszone bakalie , resztę maki i łyżeczke amoniaku rozpuszczoną w dwóch łyżkach wody.Wszystko delikatnie mieszamy i przekładamy do keksówek. Pieczemy ok. godziny w temp.180. Ja bardzo nie lubię , gdy nie podane jest w przepisie na jaką formę wystarcza składników więc podam co zaobserwowałam. Jeśli taką porcję damy do jednej małej keksówki to bedzie katastrofa.Jesli damy do dwóch małych to będzie trochę za cienkie. Albo trzeba mieć sporą keksówkę albo tak jak ja robię z trzech porcji i wypełniam dwie małe i jedną dużą i jest idealnie.Ile pieke keksów ? Nie pytajcie. Zbyt jest duży. Keks ma to do siebie ,że podobnie jak piernik powinien poleżakować z tym ,że o ile piernika świeżego się nie da za bardzo jeśc to keks owszem się da tylko się kruszy przy krojeniu. Ja jeden przeznaczam zawsze na pożarcie lwu , dwóm pannom ( w tym jeden kawaler), najbardziej łakomemu skorpionkowi i mnie przysługuję podwójna porcja jako żem bliźniak. Resztę chowam bardzo skrupulatnie ale tak ,żebym w okolicach świat odnalazła.
I przy okazji podam jeszcze obiecany przepis na wigilijne makówki. Niestety przepis jest na oko więc nie podam ilości składników. Trzeba to robić na wyczucie. Mak prażymy w mleku ( po wypłukaniu po prostu zalewa się taką iloscią mleka aby zakrywał mak. prażyć trzeba na bardzo małym ogniu i nie zapominać o mieszaniu aby nie przywarł) Potem mielimy ze dwa razy.Mak mieszamy z rozpuszczonym miodem. Tu już zdajemy się na własny smak. Siostra moja daje też trochę cukru ,bo mak powinien być słodki. No i bakalie jakie tylko zapragniemy. Im wiecej tym lepiej. Bułkę (najlepiej słodką chałkę ) namaczamy na chwilę w mleku ,mocno odciskamy i układamy warstwę w szklanej misce , na to warstwę maku i ugniatamy, potem znowu chałkę i tak aż ostatnią warstwą będzie mak. Potem to trzeba mocno schłodzić. Makówka nie trzyma się długo , jako ,że nie jest pieczona więc na zapas nie ma co robić ale u nas nigdy nie zostaje. Zdjęć nie mam z wiadomych względów ale obiecuję pokazać po 24 tym :-). I tym sposobem poddałam się wszechobecnej atmosferze świątecznej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)