Zaczynam od d...strony czyli najpierw gotuję grysik. Na pół litra mleka dodaję 4 łyżki kaszy manny i gotuję chwilę mieszając ,żeby się nie przypalił. Dlaczego najpierw grysik ? Ano prosta sprawa - musi dobrze wystygnąć. Można nawet to zrobić poprzedniego dnia .Druga rzecz to galaretka. Dzień wcześniej nie ma sensu przygotowywać ale jak już jesteśmy pewne ,że pieczemy dziś to ciasto , to proponuję zrobić ją właśnie w tym momencie. Używam cytrynowej i na oryginalną piekarnikową prostokątną blachę potrzebuję cztery galaretki. Rozpuszczam jak pisze w instrukcji obsługi galaretki z tym ,że daję o jedną szklankę mniej wody.No i niech sobie powoli stygnie. Zabieram się za biszkopt. Przyznam ,że nieco mnie dziwi ,gdy ktoś mówi ,że mu a częściej jej , biszkopt nie wychodzi. Pozwolę sobie więc na krok po kroku. Jaja w ilości siedem sztuk ubijam z siedmioma płaskimi łyżkami cukru. Trudno mi powiedzieć jak długo ,bo każdy mikser ma inną moc ale to raczej widać , kiedy całość jest odpowiedniej puszystości. I teraz UWAGA TO ISTOTNE , przez sitko dosypuję łyżkę kopiatą mąki i delikatnie mieszam od środka do brzegów naczynia i z powrotem kilka razy . Najlepsze są do tego łyżki z dziurką w środku. W ten sposób po kolei dodaję siedem łyżek mąki. Do ostatniej porcji maki dodaję łyżeczkę i pół (małą) proszku do pieczenia. Wylewam masę biszkoptową na blaszkę najpierw posmarowaną masłem lub margaryną i wyłożoną pergaminem.Wkładam do piekarnika już wcześniej nagrzanego do 180 stopni i piekę ok 20 minut bez termoobiegu.Ciasto mi się piecze a ja mogę zająć się masą. Do miksera wrzucam margarynę kaśkę (masło testowałam ale nie polecam ) ,pół szklanki cukru ( w przepisie jest cała ale spokojnie można dać pół chyba ,że ktoś lubi bardzo słodkie) cztery żółtka ale nie na raz tylko stopniowo i na koniec ,gdy masa już będzie puszysta , porcjami przestudzony grysik. masa się nie rozwarstwi jeśli grysik będzie dobrze schłodzony w lodówce.Ciasto się upiekło więc możemy je odkleić od papieru i nasączyć. Ja to robię sokiem pomarańczowym. Może być z kartonu. Można też dodać trochę czystej vodki ale nie jest to konieczne tym bardziej jeśli ciacho mają wcinać dzieciaki. Soku nie żałować . Ja tak na oko trochę to robię ale myślę ,że półtorej szklanki spokojnie zużywam. Na nawilżony biszkopt kładę masę a potem kroję truskawki. Mogą to być plastry ale ja wole kawałki .Najlepiej , gdy jest ich dużo i z własnego ogródka . Już niebawem :-). Na koniec galaretka. Z nią jest trochęzachodu ,bo trzeba uchwycić ten właściwy moment. Niektórzy ją wylewają płynna a ja czekam aż zacznie tężeć i rozkładam aby nie była gładka od góry tylko miała takie góry i doliny. Ubzdurałam sobie ,że tak właśnie lepiej smakuje. Ciasto ma jedną wadę - szybko znika.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarne. Pokaż wszystkie posty
piątek, 10 maja 2013
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
kapusta mamma mia
Pomimo dzisiejszego ochłodzenia i deszczu na mirabellę mogłam liczyć. Zakwitła całym swoim kwietniestwem wabiąc i nęcąc moje oczy, więc w takich okolicznościach przyrody postanowiłam przesiedzieć ten dzień w kuchni, bo stąd widać to cudo najlepiej . Żadna to jednak nowość ,albowiem w zasadzie w kuchni codziennie spędzam sporo czasu . Tak , gotuję, chociaż na blogu dawno o tym nie informowałam. Dziś postanowiłam podzielić się przepisem na kapustę alla mamma. .
Ważne ,żeby była świeżutka i zieleniutka. Wiem ,że o tej porze roku nie wszyscy mają zaufanie do tego jaka naprawdę jest zawartość kapusty w kapuście i przyznam ,że niekiedy też o tym myślę ale do diaska ....jeśli jest smaczna . to raz na jakiś czas można zgrzeszyć. Nie namawiam absolutnie do codziennej diety kapuścianej. Zabieram się zatem do roboty. Najpierw kapustę szatkuję niezbyt drobno i obowiązkowo podjadam . Po prostu uwielbiam te słodziutkie ,chrupiące listki. Potem wrzucam na wrzątek i blanszuję chwilę. Odcedzam. Przekładam do gara , dodaję trochę masła lub jeśli ktoś woli oliwę ,kroję cebulkę najlepiej ze szczypiorem , dużo koperku obowiązkowo z chrupiącymi łodyżkami, dwa pokrojone w słupki jabłka (najlepiej kwaśne), pomidory dwa (już są nasze pyszne) , sól , pieprz najlepiej utłuczony niezbyt miałko i ocet balsamiczny w kremie. Przykrywam garnek pokrywą i na niewielkim ogniu duszę całość ok. 15 minut. Naprawdę potrawa błyskawiczna a jaka pycha.
A gdy już się nagotowałam to zasiadłam i pogapiłam się w okno. Po prostu
tak czasem trzeba.
Ważne ,żeby była świeżutka i zieleniutka. Wiem ,że o tej porze roku nie wszyscy mają zaufanie do tego jaka naprawdę jest zawartość kapusty w kapuście i przyznam ,że niekiedy też o tym myślę ale do diaska ....jeśli jest smaczna . to raz na jakiś czas można zgrzeszyć. Nie namawiam absolutnie do codziennej diety kapuścianej. Zabieram się zatem do roboty. Najpierw kapustę szatkuję niezbyt drobno i obowiązkowo podjadam . Po prostu uwielbiam te słodziutkie ,chrupiące listki. Potem wrzucam na wrzątek i blanszuję chwilę. Odcedzam. Przekładam do gara , dodaję trochę masła lub jeśli ktoś woli oliwę ,kroję cebulkę najlepiej ze szczypiorem , dużo koperku obowiązkowo z chrupiącymi łodyżkami, dwa pokrojone w słupki jabłka (najlepiej kwaśne), pomidory dwa (już są nasze pyszne) , sól , pieprz najlepiej utłuczony niezbyt miałko i ocet balsamiczny w kremie. Przykrywam garnek pokrywą i na niewielkim ogniu duszę całość ok. 15 minut. Naprawdę potrawa błyskawiczna a jaka pycha.
A gdy już się nagotowałam to zasiadłam i pogapiłam się w okno. Po prostu
tak czasem trzeba.
niedziela, 6 stycznia 2013
Faworki
20 dkg mąki
3żółtka
3-4 łyżki śmietany
łyżka spirytusu
łyżeczka płaska proszku do pieczenia
szczypta soli
cukier puder do posypania
Wszystkie składniki (oprócz cukru do posypania) ugniatamy, ugniatamy, ugniatamy jak długo tylko możemy ,wspomagając się robotem lub nie (ja się wspomogłam troszkę) . I ,gdy już ciasto jest gładziutkie jak masełko, wałkiem go traktujemy na cienki arkusz. jak jest dobrze wyrobione , to w fazie wałkowania ciasto wykazuje bąbelkowatość. Oczywiście jak to wszystko ugniatamy i wałkujemy a potem tniemy radełkiem na paski , to w międzyczasie rozgrzewa się nam olej . Ja używam ryżowego , który ma wyższą temperaturę palenia się i tym sposobem przypalić moich faworków nie bardzo się da . Tutaj dostrzegłam przewagę kuchni indukcyjnej nad innymi ,ponieważ ustawiając temperaturę na maksa ,jest ona optymalna i nie podnosi się przez co nie muszę jej stale kontrolować i regulować , jak wtedy ,gdy miałam zwykła ceramiczną.Smażymy faworki po obu stronach i wyjmujemy na bibułkę po czym traktujemy cukrem pudrem . Najlepsze są oczywiście cieplutkie ale i nazajutrz rano do świątecznego śniadanka całkiem dobrze smakują.
3żółtka
3-4 łyżki śmietany
łyżka spirytusu
łyżeczka płaska proszku do pieczenia
szczypta soli
cukier puder do posypania
Wszystkie składniki (oprócz cukru do posypania) ugniatamy, ugniatamy, ugniatamy jak długo tylko możemy ,wspomagając się robotem lub nie (ja się wspomogłam troszkę) . I ,gdy już ciasto jest gładziutkie jak masełko, wałkiem go traktujemy na cienki arkusz. jak jest dobrze wyrobione , to w fazie wałkowania ciasto wykazuje bąbelkowatość. Oczywiście jak to wszystko ugniatamy i wałkujemy a potem tniemy radełkiem na paski , to w międzyczasie rozgrzewa się nam olej . Ja używam ryżowego , który ma wyższą temperaturę palenia się i tym sposobem przypalić moich faworków nie bardzo się da . Tutaj dostrzegłam przewagę kuchni indukcyjnej nad innymi ,ponieważ ustawiając temperaturę na maksa ,jest ona optymalna i nie podnosi się przez co nie muszę jej stale kontrolować i regulować , jak wtedy ,gdy miałam zwykła ceramiczną.Smażymy faworki po obu stronach i wyjmujemy na bibułkę po czym traktujemy cukrem pudrem . Najlepsze są oczywiście cieplutkie ale i nazajutrz rano do świątecznego śniadanka całkiem dobrze smakują.
piątek, 7 grudnia 2012
Uległam
Z tego co widać za oknem jednoznacznie wynika ,że mamy zimę. Już nie będę dłużej udawać ,że jest inaczej .Biało jest i tyle można w skrócie powiedzieć i zimno jeszcze jest i szczerze mówiąc dziś się zabarykadowałam w domciu i nic, ani nikt mnie z niego nie był w stanie wyciągnąć. O nie , skłamałam. Zrobiłam krok na balkon ,żeby sypnąć ptaszkom i dwa kroki przed drzwi ,żeby sypnąć kotom dzikuskom.I tyle mnie widziano. Za to ja sobie popatrzyłam trochę przez lufę aparatu i mi się czasami coś pstyknęło.
No a jak już mi się znudziło wyglądanie przez okna , to zajęłam się czymś na co przyszła najwyższa pora. Keks.Keks jest tradycją Bożonarodzeniową , którą wprowadziłam do domu ja. Moja mama nigdy się w to nie bawiła. Dawno temu znalazłam przepis w książce kucharskiej i okazał się hitem. A robi się to tak: 20 dkg masła rozcieramy , do tego dajemy 4 zółtka po jednym i po troszku pół szklanki cukru. Ucieramy aż będzie pulchne. W tym czasie przygotowujemy sobie bakalie. Przepis książkowy mówi ,10 dkg orzechów . 10 migdałów, 10 rodzynek ale ja go zmodyfikowałam i daję więcej i do tego jeszcze co tam mam czyli gruszki suszone , daktyle , skórkę z pomarańczy i rozdrobnioną gorzką czekoladę. Wszystkie bakalie opruszamy mąką .Wszystkiej maki ma być 25 dkg na tę proporcje. Gdy masa się utrze ,dodajemy do niej ubite na sztywno białka , mieszamy delikatnie , dodajemy opruszone bakalie , resztę maki i łyżeczke amoniaku rozpuszczoną w dwóch łyżkach wody.Wszystko delikatnie mieszamy i przekładamy do keksówek. Pieczemy ok. godziny w temp.180. Ja bardzo nie lubię , gdy nie podane jest w przepisie na jaką formę wystarcza składników więc podam co zaobserwowałam. Jeśli taką porcję damy do jednej małej keksówki to bedzie katastrofa.Jesli damy do dwóch małych to będzie trochę za cienkie. Albo trzeba mieć sporą keksówkę albo tak jak ja robię z trzech porcji i wypełniam dwie małe i jedną dużą i jest idealnie.Ile pieke keksów ? Nie pytajcie. Zbyt jest duży. Keks ma to do siebie ,że podobnie jak piernik powinien poleżakować z tym ,że o ile piernika świeżego się nie da za bardzo jeśc to keks owszem się da tylko się kruszy przy krojeniu. Ja jeden przeznaczam zawsze na pożarcie lwu , dwóm pannom ( w tym jeden kawaler), najbardziej łakomemu skorpionkowi i mnie przysługuję podwójna porcja jako żem bliźniak. Resztę chowam bardzo skrupulatnie ale tak ,żebym w okolicach świat odnalazła.
I przy okazji podam jeszcze obiecany przepis na wigilijne makówki. Niestety przepis jest na oko więc nie podam ilości składników. Trzeba to robić na wyczucie. Mak prażymy w mleku ( po wypłukaniu po prostu zalewa się taką iloscią mleka aby zakrywał mak. prażyć trzeba na bardzo małym ogniu i nie zapominać o mieszaniu aby nie przywarł) Potem mielimy ze dwa razy.Mak mieszamy z rozpuszczonym miodem. Tu już zdajemy się na własny smak. Siostra moja daje też trochę cukru ,bo mak powinien być słodki. No i bakalie jakie tylko zapragniemy. Im wiecej tym lepiej. Bułkę (najlepiej słodką chałkę ) namaczamy na chwilę w mleku ,mocno odciskamy i układamy warstwę w szklanej misce , na to warstwę maku i ugniatamy, potem znowu chałkę i tak aż ostatnią warstwą będzie mak. Potem to trzeba mocno schłodzić. Makówka nie trzyma się długo , jako ,że nie jest pieczona więc na zapas nie ma co robić ale u nas nigdy nie zostaje. Zdjęć nie mam z wiadomych względów ale obiecuję pokazać po 24 tym :-). I tym sposobem poddałam się wszechobecnej atmosferze świątecznej.
No a jak już mi się znudziło wyglądanie przez okna , to zajęłam się czymś na co przyszła najwyższa pora. Keks.Keks jest tradycją Bożonarodzeniową , którą wprowadziłam do domu ja. Moja mama nigdy się w to nie bawiła. Dawno temu znalazłam przepis w książce kucharskiej i okazał się hitem. A robi się to tak: 20 dkg masła rozcieramy , do tego dajemy 4 zółtka po jednym i po troszku pół szklanki cukru. Ucieramy aż będzie pulchne. W tym czasie przygotowujemy sobie bakalie. Przepis książkowy mówi ,10 dkg orzechów . 10 migdałów, 10 rodzynek ale ja go zmodyfikowałam i daję więcej i do tego jeszcze co tam mam czyli gruszki suszone , daktyle , skórkę z pomarańczy i rozdrobnioną gorzką czekoladę. Wszystkie bakalie opruszamy mąką .Wszystkiej maki ma być 25 dkg na tę proporcje. Gdy masa się utrze ,dodajemy do niej ubite na sztywno białka , mieszamy delikatnie , dodajemy opruszone bakalie , resztę maki i łyżeczke amoniaku rozpuszczoną w dwóch łyżkach wody.Wszystko delikatnie mieszamy i przekładamy do keksówek. Pieczemy ok. godziny w temp.180. Ja bardzo nie lubię , gdy nie podane jest w przepisie na jaką formę wystarcza składników więc podam co zaobserwowałam. Jeśli taką porcję damy do jednej małej keksówki to bedzie katastrofa.Jesli damy do dwóch małych to będzie trochę za cienkie. Albo trzeba mieć sporą keksówkę albo tak jak ja robię z trzech porcji i wypełniam dwie małe i jedną dużą i jest idealnie.Ile pieke keksów ? Nie pytajcie. Zbyt jest duży. Keks ma to do siebie ,że podobnie jak piernik powinien poleżakować z tym ,że o ile piernika świeżego się nie da za bardzo jeśc to keks owszem się da tylko się kruszy przy krojeniu. Ja jeden przeznaczam zawsze na pożarcie lwu , dwóm pannom ( w tym jeden kawaler), najbardziej łakomemu skorpionkowi i mnie przysługuję podwójna porcja jako żem bliźniak. Resztę chowam bardzo skrupulatnie ale tak ,żebym w okolicach świat odnalazła.
I przy okazji podam jeszcze obiecany przepis na wigilijne makówki. Niestety przepis jest na oko więc nie podam ilości składników. Trzeba to robić na wyczucie. Mak prażymy w mleku ( po wypłukaniu po prostu zalewa się taką iloscią mleka aby zakrywał mak. prażyć trzeba na bardzo małym ogniu i nie zapominać o mieszaniu aby nie przywarł) Potem mielimy ze dwa razy.Mak mieszamy z rozpuszczonym miodem. Tu już zdajemy się na własny smak. Siostra moja daje też trochę cukru ,bo mak powinien być słodki. No i bakalie jakie tylko zapragniemy. Im wiecej tym lepiej. Bułkę (najlepiej słodką chałkę ) namaczamy na chwilę w mleku ,mocno odciskamy i układamy warstwę w szklanej misce , na to warstwę maku i ugniatamy, potem znowu chałkę i tak aż ostatnią warstwą będzie mak. Potem to trzeba mocno schłodzić. Makówka nie trzyma się długo , jako ,że nie jest pieczona więc na zapas nie ma co robić ale u nas nigdy nie zostaje. Zdjęć nie mam z wiadomych względów ale obiecuję pokazać po 24 tym :-). I tym sposobem poddałam się wszechobecnej atmosferze świątecznej.
wtorek, 6 listopada 2012
Granat
Ikeowski ,żeliwny gar w kolorze granatowym ogromnie dopomógł mi w tym ostatnim poście z serii "jesień w kolorze tęczy" .No bo granatowy owoc jedynie z kształtu może przypominać granat .Przepis na sałatkę z granatem odnalazłam dawno temu w książce Nigeli Lawson .W oryginale jest użyta baranina ale jako ,że ja nie jestem znawczynią ani specjalną smakoszką tego mięsa skusiłam się do zastosowanie wołowego rozbefu i posmakowało . Kiedyś w ten sposób podałam również królika .Otóż miesko dusimy w odrobinie masła z dodatkiem kilku szalotek i paru ząbków czosnku. ponadto z przypraw stosuję tylko sól. Mięso musi być doskonale miękkie więc czasu na duszenie nie powinnyśmy żałować. Gdy już uznamy ,że ma dość obróbki cieplnej dzielimy je dwoma widelcami na włókna. Do mięsa w takiej postaci wrzucamy ziarenka granatu i dodatkowo wyciskamy sok z jednego. Ja lubię gdy owocu jest dużo. Do tego pokrojona natka pietruszki a w przypadku baraniny mięta. Sałatkę najlepiej zjadać , gdy jest jeszcze ciepła i tłuszczyk na mięsie nie zastygł. Można też odgrzewać i przyznam ,że taka smakuje najlepiej lecz zazwyczaj zjadana jest na bieżąco. Ja wczoraj miałam taką kolację i na dziś nic mi nie zostało niestety. Polecam .
sobota, 3 listopada 2012
niebiesko -fioletowo
| O mało co, w zabawie w tęczę , nie poległam na moim ulubionym niebieskim.Nie mam problemu z rozpoznawaniem tego koloru w otoczeniu. Mam sporo kwiatów w ogrodzie w tym kolorze właśnie, nie brakuje mi go w garderobie (ostatnio zakupiłam kolejny niebieski sweterek w Simple .Polecam ich błękitną kolekcję),we wnętrzu też mam go sporo. jednak , gdy patrzę na modrą kapustę mam pewne wątpliwości.Na tle błękitnej ściereczki nie dostrzegam w niej niczego niebieskiego. Wiem ,że niektórzy wyrażają się o niej jako o czerwonej kapuście ,ale na tle czerwonych granatów (też niezły psikus ) ,trudno ją nazywać czerwoną. Jaka więc jest naprawdę? Moim zdaniem po prostu fioletowa . Dlatego pozwolę sobie w tym poście połączyć kolor niebieski z fioletem a nie jak sugerowała Ania ,niebieski z granatem. O granacie będzie osobno. Więc biorąc naszą fioletową kapustę, szatkując i poddając jakiś czas gotowaniu w wodzie uzyskujemy faktycznie kolor niebieski.Wywar z kapusty na nic właściwie nie jest przydatny ale możemy wykorzystać ,żeby pokazać dzieciakom czary .Rozcieńczamy mocno aby uzyskać ładny jasny odcień i dodajemy 5 kropli soku z cytryny , robimy czary mary i gotowe.Moim dzieciakom zawsze bardzo się ta sztuczka podobała. Ciekawe czy będą pokazywać swoim dzieciom. A przepis na najpyszniejszą modrą kapustę , wygląda tak: Główkę kapusty szatkujemy i gotujemy chwilę. W garnku rozpuszczamy ok.10 dkg masła , wrzucamy kapustę ,odrobinę solimy i dodajemy łyżkę miodu ,szklankę wytrawnego wina czerwonego lub białego, dwie łyżki octu balsamicznego , ponabijaną sześcioma goździkami cebule (potem wyciągamy).To wszystko dusimy jakiś czas pod przykryciem. Pod koniec duszenia dodajemy pokrojone w słupki jabłko oraz garść rodzynek i kilka posiekanych suszonych śliwek. Kapusta jest pyszna i jako ciepła i na zimno. To ona właśnie otwiera w mojej kuchni sezon zimowy. Tradycja rodzinna nakazuje robić to pierwszego listopada. I tak się stało i tym razem. |
Subskrybuj:
Posty (Atom)