niedziela, 12 maja 2013

Tulipanowy festiwal

Tulipanowe pięć minut w zasadzie ma się już ku końcowi. Niestety. To piękny okres w życiu ogrodu. Na szczęście okres powtarzalny .W przyszłym roku znowu ucieszą nasze oczy. Może uda mi się tym razem wykopać cebulki i ponasadzać od nowa. W tym roku porobiły się już fajne kępy ale wiem ,że w przyszłym mogą już marniej kwitnąć jeśli ich nie porozdzielam. Kasia Bellingham  http://katarzynabellingham.blogspot.com/2013/05/akcja-pszczoa-i-wspaniaosci-wiosennej.htmldodaje swoje przekwitnięte tulipany wraz z cebulami do kompostu. Widziałam takie praktyki w angielskich parkach i kiedyś mocno mnie to zdziwiło ale dziś cebule nie są już tak koszmarnie drogie jak kiedyś i w zasadzie można sobie pozwolić na to aby corocznie mieć zapewnione piękne kwitnienie nasadzając jesienią nowe cebule. Niestety jakoś nie potrafię tego zrobić ,bo najnormalniej mi żal a poza tym boję się ,że coś mi stanie na przeszkodzie i nie zdążę jesienią ponasadzać i wtedy na wiosnę - klapa. Tak więc moje sobie powoli będą teraz dojrzewać w ziemi . Ogłowię oczywiście przekwitłe pędy ,żeby nie osłabiać cebul , bo przecież i tak nie będę rozmnażać tulipanów z nasion. Chociaż bardzo jestem ciekawa tych miksów jakie ewentualnie mogłyby powstać z tego co mam w ogrodzie. Kto wie , może kiedyś sprawdzę. Póki co obfotografowałam tę tulipanową orgię z prawa , z lewa  , na wprost i od tyłu , z góry z dołu i spod ziemi ,w słońcu w deszczu w cieple i w chłodzie , o wschodzie i zachodzie.No i tyle mi musi wystarczyć do kolejnego maja. Nie wiem jak Wy ale ja będę tu wracać przez resztę roku :-).





































piątek, 10 maja 2013

Wisi mi


Buteleczki wygrzebałam w jakimś pudełku z innymi drobiazgami w sklepie na Limanowskiego u Pana Łukasza. Niestety , sklepu już nie ma . Pana Ł ostatnio spotkałam na starociach i oświadczył ,ze emigruje. Tak bywa. Wracając do buteleczek , zastanawialiśmy się wspólnie z właścicielem sklepu do czego mogłyby służyć. Najbardziej przypadł mi do gustu pomysł ,żeby wdmuchiwać w nie swoje marzenia . Niestety nie miały koreczków więc trzeba by je wieszać do góry nogami tzn. denkiem chociaż nie wiem czy marzenia są cięższe czy lżejsze od powietrza. Pewnie bywają te lżejszej i cięższej kategorii  więc nie zaryzykowałam i marzeń tam nie pochowałam. Mam bezpieczniejszą przechowalnię. Pomysł z zastosowaniem ich jako mini wazoników przyszedł mi dość bezboleśnie.Ale musiały swoje odczekać , jak to wszystko u mnie. W międzyczasie udało mi się też dokupić do nich pasujące koreczki( naprawdę malusie). Buteleczki mają pojemność jak na moje oko 3 mililitry i pochodzą z warszawskiego Laboratorium Syntezy Organicznej inżynierów Maya i Malinowskiego. Niektóre posiadają urwane korki i nie zostały przeze mnie otwarte . Może tam tkwią czyjeś marzenia , więc nie tykam. Niektóre  jednak otworzyłam i zawartość a właściwie jej widoczne w postaci zabrudzenia resztki pachną po dziś dzień fiołkami bądź goździkami. Od dziś kilka z nich pachnie konwaliami ,bo właśnie zakwitły te pierwsze z południowego zbocza. Zadyndał najpierw jeden , potem dwa , trzy i ostatecznie pięć. Mogłabym tak jeszcze więcej ale ....trochę mi się znudziło tym bardziej ,że trzeba było powiesić jeszcze inne rzeczy.






Na sobotnim targu staroci upolowałam oryginalny śląski druciany wieszaczek w kształcie serca. Serce mi do niego zapukało od pierwszego wejrzenia i nawet nie targując się nabyłam. Już widziałam jego rolę . Oczywiście pierwsze pęczki oregano i melisy już sobie wiszą a do tego serce z bukszpanu dla towarzystwa.


Zawisły też kwiaty na jesionie a to po to ,żeby odwrócić moją uwagę od prawdziwych kwiatów tego drzewa, których w tym roku jest zatrzęsienie , co wróży nieustanne śmiecenie przez kilka kolejnych sezonów. Staram się o tym nie rozmyślać.



Latarnia przy stodole jedna szczęśliwie wisi a druga niech się póki co cieszy ,że ją postawiłam bo się zerwała i tak leżała aż się ulitowałam .Zawiśnie ale trzeba wywiercić dziurkę a tego mocno się obawiam ,bo mur ledwo się trzyma.
No i wreszcie zawisły koronki wyprane i wykrochmalone . Oj będzie roboty przy prasowaniu ale na razie mi to wisi  :-)


Ciasto dla Marty.


Zaczynam od d...strony czyli najpierw gotuję grysik. Na pół litra mleka dodaję 4 łyżki kaszy manny i gotuję chwilę mieszając ,żeby się nie przypalił. Dlaczego najpierw grysik ? Ano prosta sprawa - musi dobrze wystygnąć. Można nawet to zrobić poprzedniego dnia .Druga rzecz to galaretka. Dzień wcześniej nie ma sensu przygotowywać ale jak już jesteśmy pewne ,że pieczemy dziś to ciasto , to proponuję zrobić ją właśnie w tym momencie. Używam cytrynowej i na oryginalną piekarnikową prostokątną blachę potrzebuję cztery galaretki. Rozpuszczam jak pisze w instrukcji obsługi galaretki z tym ,że daję o jedną szklankę mniej wody.No i niech sobie powoli stygnie. Zabieram się za biszkopt. Przyznam ,że nieco mnie dziwi ,gdy ktoś mówi ,że mu a częściej jej , biszkopt nie wychodzi. Pozwolę sobie więc na krok po kroku. Jaja w ilości siedem sztuk ubijam z siedmioma płaskimi łyżkami cukru. Trudno mi powiedzieć jak długo ,bo każdy mikser ma inną moc ale to raczej widać , kiedy całość jest odpowiedniej puszystości. I teraz UWAGA TO ISTOTNE , przez sitko dosypuję łyżkę kopiatą mąki i delikatnie mieszam od środka do brzegów naczynia i z powrotem kilka razy . Najlepsze są do tego łyżki z dziurką w środku. W ten sposób po kolei dodaję siedem łyżek mąki. Do ostatniej porcji maki dodaję łyżeczkę i pół (małą) proszku do pieczenia. Wylewam masę biszkoptową na blaszkę najpierw posmarowaną masłem lub margaryną i wyłożoną pergaminem.Wkładam do piekarnika już wcześniej nagrzanego do 180 stopni i piekę ok 20 minut bez termoobiegu.Ciasto mi się piecze a ja mogę zająć się masą. Do miksera wrzucam margarynę kaśkę (masło testowałam ale nie polecam ) ,pół szklanki cukru ( w przepisie jest cała ale spokojnie można dać pół chyba ,że ktoś lubi bardzo słodkie) cztery żółtka ale nie na raz tylko stopniowo i na koniec ,gdy masa już będzie puszysta , porcjami przestudzony grysik. masa się nie rozwarstwi jeśli grysik będzie dobrze schłodzony w lodówce.Ciasto się upiekło więc możemy je odkleić od papieru i nasączyć. Ja to robię sokiem pomarańczowym. Może być z kartonu. Można też dodać trochę czystej vodki ale nie jest to konieczne tym bardziej jeśli ciacho mają wcinać dzieciaki. Soku nie żałować . Ja tak na oko trochę to robię ale myślę ,że półtorej szklanki spokojnie zużywam. Na nawilżony biszkopt kładę masę a potem kroję truskawki. Mogą to być plastry ale ja wole kawałki .Najlepiej , gdy jest ich dużo i z własnego ogródka . Już niebawem :-). Na koniec galaretka. Z nią jest trochęzachodu ,bo trzeba uchwycić ten właściwy moment. Niektórzy ją wylewają płynna a ja czekam aż zacznie tężeć i rozkładam aby nie była gładka od góry tylko miała takie góry i doliny. Ubzdurałam sobie ,że tak właśnie lepiej smakuje. Ciasto ma jedną wadę - szybko znika.