wtorek, 21 stycznia 2014

ugotowana



Minęły już prawie cztery miesiące od powrotu z toskańskich warsztatów kulinarnych (jak ten czas leci ) a ja ciągle jeszcze nie zdałam relacji. Dodam ,że to nie jest moja najstarsza zaległość. Pamiętam ,że miałam zrobić posta o roślinności pogalenowej , o mojej wsi , o konikach, o rumuńskich Polakach ...itd. Miał być też plan ogrodu południowego ,trasy moich rowerowych wycieczek i pewnie jeszcze wiele inności. Trochę mnie to przytłacza i nauczkę mam jedną : niczego publicznie nie obiecywać. Wracając do tematu kursu - teraz to nawet sobie myślę ,że to dobrze ,że nie zrobiłam tego posta na świeżo. Cóż bym wtedy mogła napisać ? Pewnie skończyłoby się przepisami przeniesionymi prosto z notatnika. Dziś mogę powiedzieć trochę więcej ,bo dziś już wiem co tak naprawdę kurs mi dał. Ile mi z niego zostało i co zmieniło się w moim podejściu do gotowania. Po pierwsze ,muszę zacząć od Elisy czyli naszej szefowej kuchni.

 To z jakim wdziękiem wykonywała wszelkie kuchenne prace wzbudzał zachwyt i zazdrość jednocześnie.I ja nie mówię tu o popisowym podrzucaniu patelni lecz o zwykłym z pozoru krojeniu pomidorów albo na przykład wrzucaniu przypraw do garnka. Staram się o tym pamiętać , gdy się krzątam wśród swoich garów. Druga rzecz, to jej niezwykły spokój. Sorry, ale ja gdy miałam mieć kilka osób na kolacji wpadałam w popłoch i panikę i mimo ,że raczej jestem gotującą z pasją , to w takich momentach najnormalniej świrowałam. Potwierdzą to najbliżsi , którzy najlepiej gdy schodzili mi wtedy z drogi ,bo goście znaczyło tyle co niebezpieczeństwo zbliżania się do kuchni. Nie wiem , czy jesteście zdolne w to uwierzyć ale ....jestem o niebo spokojniejsza. Sprawdziłam to przy okazji ostatniej Wigilii a potem Sylwestra. Po prostu spokój. A dzieci pytały : mamo , czy nikt do nas nie przychodzi ? .....Elisa ,prowadziła z nami trzygodzinne zajęcia od 15 do 18. Czasami się przedłużały a o 20 zaczynała się kolacja. Zawsze było na niej przynajmniej kilkanaście osób. I jej siła spokoju i zawsze plan działania.





 Teoretycznie to my miałyśmy te kolacje szykować ale tak naprawdę nie było to realne , bo zazwyczaj niewiele z tego ,co było przez nas przygotowywane ,było w stanie przetrwać do 20. Mówi się ,że kucharz nie jada swoich dań ,no i w sumie to prawda ,bo Luisa zapytana ,jak jej się udaje utrzymywać taką gibkość ,przyznała ,że nie jada a jedynie smakuje. My jednak na smakowaniu nie kończyłyśmy. Kończyło się niestety wielkim obżarstwem. Dodam ,że o 20 zaczynała się kolacja trwająca do 24. Myślę , że po warsztatach wracało w moim aucie nie trzy ale trzy i pół osoby.

 


 Przełom września i października , to był czas grzybów. Szczerze powiedziawszy przepiękne ,dorodne funghi były wszędzie, w naszej kuchni na wzgórzu też. Pamiętam , gdy mama zawsze mi powtarzała ,że grzyby to trzeba długo, długo , długo dusić . No i tu nastąpiło obalenie tej teorii. Grzyby Luisy smażyły się zaledwie 20 minut. Zjadłyśmy i żyjemy i na dodatek były nieziemsko smaczne. Grzybki robiłam tuz po przyjeździe bo przywiozłam sobie świeże z targu w Montale. A niedawno według tego samego przepisu zrobiłam mrożone prawdziwki prosto z Makro.



 Rozdrobnić dwa ząbki czosnku i kilka gałązek zielonej pietruszki. Dać do na patelnie z zimną oliwą, dodać rozdrobnione peperoncino albo jak ktoś woli ,pieprz  i pokrojone grzyby . Posolić i dolać pół szklanki białego wytrawnego wina i smażyć aż odparuje. Chcąc mieć więcej sosu można dolać wody a potem zagęścić według podanego niżej przepisu na zagęszczanie sosu. Smażenie trwa ok. 20 minut.

 Czego nauczyłam się jeszcze przy okazji grzybów?  Otóż, wszystkie składniki , które mamy zamiar smażyć na oliwie, wrzucamy na oliwę wylaną na zimną patelnię i zaczynamy smażenie od temperatury pokojowej . Jedynie pomidory wrzucamy na oliwę wylaną na rozgrzaną patelnię. To ma sens oczywiście tylko wtedy , gdy smażymy na prawdziwej oliwie. Wiadomo ,że nie może nam się ona spalić a ma dość niską temperaturę palenia. Z pomidorami jest łatwiej bo mają sporo wody więc raczej nie ma obawy ,że się spalą na dobry początek. Druga rzecz , to dodawanie podczas smażenia grzybów białego wytrawnego wina. Przyznam ,że to była dla mnie nowość i sobie ją przywłaszczyłam na zawsze. Następna rzecz, która zrewolucjonizowała moją kuchnię i dlatego też nie napiszę już kolejnego zaległego posta o zasmażkach ,to sposób zagęszczania sosów. Dzięki Ci Eliso!!! Kocham Cie za to ,chociaż to takie banalnie proste i być może tylko ja taka głupia baba ze wsi i tego sposobu nie znałam. No bo do zasmażek to ja nie byłam za bardzo przekonana więc się posiłkowałam beszamelem a tu masz !!!!! trochę oliwy ,trochę maki , kilka obrotów  łygą i jest zagęszczacz. Naprawdę nie trzeba go dużo . Jest genialny, nie zważa się jak to czasem lubiło robić masełko. Sosik jest  taki aksamitny. Tylko mąka i oliwa .Polecam.


 No i doszliśmy do oliwy. Wiadomo jest wszem i wobec ,że Włosi i oliwa to po prostu duet nierozłączny. Wiadomo ,że używają jej dużo. Co to znaczy dużo? Ano właśnie. Mnie się wydawało ,że używam dużo. Teraz przyznam ,że tylko mi się wydawało. Nie wiem czy uwierzycie ale przez ten tydzień pobytu tam, nie użyłyśmy grama masła ( no może tylko do pączków ale paczki podawane o północy to był naprawdę zbytek). Do wszystkiego szła oliwa. Nawet mi do głowy nie przychodziło ,żeby do śniadania pytać o masło. Może nawet gdzieś tam było ale byłby to chyba straszny grzech go użyć , gdy miałyśmy do dyspozycji taką oliwę . Używana była dosłownie do każdej potrawy.  Nie tylko do sałatek , jak to miałam w zwyczaju czynić wcześniej. Na oliwie wszystko się smaży. Jedynie pączki (ten szatański wynalazek ) były smażone na arachidowym oleju. No ale można je sobie było darować. Ha ha .Łatwo mi się teraz mówi ,bo mi tu nie wchodzą do nozdrzy .
To może nie będę Wam o tych pączkach ale sprzedam przepis na równie pyszne dolce a mianowicie cantuccini . Bajecznie proste i szybkie w wykonaniu. Jak koleżanka dzwoni ,że będzie za 20 minut , to ze spokojem możecie zacząć je przygotowywać i zaskoczycie ją ciepłą pysznością do herbatki.


5 jajek
0,5 kg maki
450 g cukru (wiem,dużo ale słodycz ma być słodka)
15g proszku do pieczenia
oliwy ok.100ml
25 dkg migdałów w łupinkach
 Migdały dobrze jest wcześniej (nawet można je mieć zawsze gotowe w lodówce) zalać alkoholem typu amaretto, gin, rum ,Powinny im zmięknąć skórki. 4 całe jaja i jedno żółtko oraz oliwę wlewamy do cukru i mieszamy, potem dodajemy mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i migdały .Szybko zarabiamy . Ciasto jest dość lepiące i nie można go długo przetrzymywać.Formujemy wałeczki takie jak na kopytka .Smarujemy rozrobionym białkiem i można jeszcze posypać cukrem ale moim zdaniem to zbyteczne.


Pieczemy przez 10 -15 minut w temp. 180. Po wyjęciu szybko kroimy na takie większe kopytka:-). Jeśli chcemy aby dłużej się nam przechowywały np. w pudełku to jeszcze je podpiekamy ok.10 minut już takie pokrojone. Szczerze powiedziawszy u mnie przeważnie schodziły na ciepło.
            No i zrobiło się późno a ja jestem ...nie powiem gdzie z tym wpisem. Może ja założę  bloga kulinarnego? Bo przecież nie było o makaronach




( a kupiłam sobie nawet przystawkę do kiciusia i mi wałkuje) o pizzy  nie było i wszelkich pizzopodobnych





, o ragou ,o lazanii , o risotto, o tiramisu, sosie pomidorowym, o truflach i oliwie truflowej , którą uwielbiam od października zaledwie. Dużo nie było .









 Powiem krótko, chciałabym bardzo to powtórzyć .Może tym razem wiosną , by zakochać się w szparagach, karczochach ,sałatach ??????  Chciałabym bardzo tam i w takim towarzystwie.

 I jeszcze na koniec przepis na przyprawę nad przyprawami , przyprawę do wszystkiego a szczególnie do różnego rodzaju mięs:
 w równej proporcji liście szałwii i liście (same listki bez łodyżek) rozmarynu , kilka ząbków czosnku, żółta skórka z cytryny . To wszystko dobrze rozdrobnić w malakserze albo w maszynce do mięsa i zasypać sporą ilością soli. Przechowywać w zakręcanym albo zakorkowanym słoiczku. Zrobiłam sobie zapas tuż po powrocie i ilekroć wsadzam nos w słoik z przyprawą , to przenoszę się do kuchni Elisy. Zapraszam i Was tą drogą.
             

108 komentarzy:

  1. o ty maszko nocna:-)
    dużo nie było:-) więc ja poproszę o roślinności pogalenowej, twojej wsi i planowaniu ogrodu południowego.
    Ale żeby mieć migdały w alko namoczone w lodówce, to... to trzeba być PPD;-)))
    Przestraszyłaś się mnie, serioserio? przez te Kaszuby jest tak daleko...
    żartuję. Jeżeli nie teraz, to niebawem, kiedy tylko chcesz, zapraszam.

    OdpowiedzUsuń
  2. No to jestem PPD bo mam :-). Boję się ale mnie ciągnie do Ciebie. Tak sobie z Kasią wstępnie zaplanowałyśmy bo ona pociągiem się chciała wybrać. Mogłybyśmy podczas podróży trochę się nagadać. No chyba ,że pojadę przez Wrocław( mam gdzie spać) na Kaszuby ,zahaczę o Warszawę , tylko nie wiem czy tydzień to nie będzie mało.Nie chcę za dużo planować ,bo wiesz jak to ze mną jest a posty może zrobię , może nie. trzymam się ,żeby znowu czegoś nie obiecać i mieć kaca za każdym razem jak wchodzę na bloga.

    OdpowiedzUsuń
  3. Taki post przeczytać o poranku to dobry start w szarą rzeczywistość. Te smaki, zapachy, kolory będą mi towarzyszyć cały dzień. Ja bym nie narzekała gdybyś założyła bloga kulinarnego ;-) Wpisuję się na pierwszą fankę :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywistość dzisiaj faktycznie marnie wygląda. Sama w sobie rozbudziłam różne ochotki. Póki co kawa tylko mnie może uratować po tej nieprzespanej nocy. Trzymam za słowo na wypadek, gdybym zwariowała i założyła tego bloga.

      Usuń
  4. Maszko, to ja dodaję ten wpis do ulubionych! :))) Dawaj kolejną jego część o makaronach, pizzach, tiramisu...
    Zazdroszczę Ci takich warsztatów. ;)
    Zaintrygowała mnie ta przyprawa. No dobra, nie tylko ona ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to się cieszę, że w ogóle byłaś w stanie to przeczytać . Tak sobie myślę czy nie łatwiej byłoby mi to wszystko ugotować niż zrobić o tym posta :-)

      Usuń
  5. Zdecydowanie podbiłaś moje serce i wyobraźnię tym wpisem:-)))Kuchnia włoska, a zwłaszcza toskańska to mój konik i tego tematu nigdy dość. A jeśli chodzi o przyprawę, o której piszesz - wariantów jest bez liku. W sezonie zawsze przygotowuję kilka słoiczków. Mam sól z tymiankiem, cząbrem i hyzopem ( do mięs i grzybów ), mam sól z oregano, mam pietruszkową, a nasza ulubiona to sól z estragonem i szałwią (genialna do drobiu) . To lepszy sposób niż suszenie ziół bo aromat jest intensywniejszy.
    Pozdrawiam serdecznie
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz ,że też wpadłam na to ,żeby sobie robić różne zioła w ten sposób. W ubiegłym roku robiłam w ogóle vegetę z róznych warzyw i też super się sprawdza. Też wolę zioła w tej postaci niż suszone.

      Usuń
    2. Pomysł na wegetę swojego wyrobu kupuję - warzywa mam własne, w piwnicy przechowują mi się średnio. Może to bedzie dobry sposób:-)))
      A.

      Usuń
  6. Cudowne zdjęcia (zresztą jak zawsze ;)) Musisz koniecznie raz w tygodniu skrobnąć coś kulinarnego bo bardzo chętnie poczytam i przetestuje posty o: ragou, lazanii, risotto, tiramisu, sosie pomidorowym, o truflach, oliwie truflowej o pizzy, makaronach itd! Koniecznie !
    Póki co biorę przepis na cantuccini i na marynatę do mięs.
    Dzięki ogromne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdjęcia nie są najlepsze bo przy sztucznym świetle robione niestety. mam nadzieję ,że jednak udało mi się w nich przemycić trochę smaku i aromatu tamtych dni.

      Usuń
    2. Oj bardzo się udało! A ja na diecie więc żywię się tylko takimi fotkami ;)
      Czekam na kolejne kulinarne posty ;)

      Usuń
  7. Rane kochane! Jak smakowicie! Cudowny wyjazd:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam bardzo . Być może takie warsztaty będą jeszcze powtarzane w tym roku jeśli dziewczyny organizatorki nie majądość takiego rozwydrzonego towarzystwa :-)

      Usuń
  8. O Matko, jaka się głodna zrobiłam.. A mam tylko kanapki z serkiem kozim:( Maszko, dołączam do próśb - jak tylko czas Ci pozwoli - napisz o lazanii, risotto, sosie pomidorowym i koniecznie o makaronach:) Pozdrowienia cieplutkie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam ,że i ja się głodna zrobiłam ,gdy skończyłam pisać tego posta . Jabłko mnie uratowało.Miałam nie obiecywać ale chyba nie mam wyjścia i kiedyś coś jeszcze skrobnę.

      Usuń
  9. Nie zawsze masz czas na opisywanie tu tego co chcesz, ale za to żyjesz pełnią życia i nie marnujesz czasu. I realizujesz swoje pasje. I bardzo mi się to podoba :) Pozostaje się tylko cieszyć, że dzielisz się tym z nami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj marnuję , marnuje jak mało kto. Ale czasem trzeba zmarnować ,żeby potem dostać przyśpieszenia. Mam tyyyyyyyle planów

      Usuń
  10. Aj aż mnie serce zakuło z tęsknoty..jak mi tam było dobrze, jak cudownie, tyle wspaniałych osóbek, pyszne wino i jedzenie, a Elisa niesamowita! W moim podejściu do gotowania zmieniła to, że nie przemęczam przygotowywanych potraw, już wiem że nie wszytsko musi się godzinami dusić..smażyć. No i sól ziołowa bez niej już moja kuchnia nie istnieje:) Dzięki za tego posta:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie. Można zrobić pysznie , prosto i szybko. To w tej kuchni jest najcudowniejsze. Powtórzymy kiedyś to Aga może .

      Usuń
  11. no tak klawiatura zasiliona.... ;p
    a ja chcę jeszcze Maszko ! ;)
    , piękny miałaś czas , piekny zapach ,kolory i smaki
    buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moją też musiałam wycierać po pisaniu :-). To był naprawdę magiczny czas .

      Usuń
    2. MAszko , a masz sprawdzony przepis na focaccie ?

      Usuń
  12. Kurczę..ale mi zrobiłaś smaka tymi zdjęciami:) tyle ciekawych rzeczy się tu dowiedziałam..najważniejsze to : spokój w kuchni, oliwa i białe wino..świetny artykuł, pozdrawiam Cię serdecznie i oczywiście zapraszam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wpadnę kiedyś ,bo przecież to prawie za miedzą. Spokój to podstawa. Każdego dnia podczas warsztatów była taka chwila , gdy Elisa wyciągała wino i kieliszki i następował totalny błogostan. Co się miało gotować to się gotowało, co się miało piec to piekło się a myśmy sobie spokojnie popijały. Też tak robię , oczywiście nie na codzień.

      Usuń
  13. Same pyszności ale najważniejszy klimat i spokój tego kulinarnego spotkania. No i wspomnienia i zatrzymanie u siebie w domu trochę tej toskańskiej kuchni.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trafiłaś w sedno Alicjo. Pozdrawiam

      Usuń
  14. ooooooooooo!!!!!!!!!! kulinarnie, tak Maszko- koniecznie!!!!!!!!! przepis wypróbuje jak najprędzej. Bardzo by było fajnie gdybyś podzieliła się jeszcze jakimiś super przepisami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wątki kulinarne przewijają się przez mojego bloga . Może teraz będzie się to działo z większą częstotliwością.

      Usuń
  15. Fantastyczna przygoda!!! Przeczytałam jednym tchem i siłą woli powstrzymywałam się od wylizania ekranu:) Zdjęcia fantastyczne, myśle że chociaż w małej części oddaja atmosferę kursu. Ale treści za mało, więcej poproszę;) I tak sobie teraz myślę skad ja taka dobrą oliwę wezmę???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz mało treści a przecież to chyba jeden z najdłuższych moich postów. Nie byłam pewna czy w takiej ilości to zjadliwe. Skoro mówisz jednak ,że mało to postaram się o więcej,

      Usuń
  16. jest tak brzydko tak mokro a zdjęcia Twoje odczarowują wszystko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się,że udało mi się ogrzać trochę nasz klimat.

      Usuń
  17. Dobrze,że zjadłam obiad , bobym umarła z głodu przy Twoim smacznym wpisie :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie powinam w tytule napisać ,żeby nie czytać na pusty żołądek . Pozdrawiam Krysiu

      Usuń
  18. Dobrze, że jestem po obiedzie! Taką kuchnię uwielbiam, zarówno nowe smaki jak i wspólne pitraszenie w miłym towarzystwie, a jak się jeszcze czegoś nowego dowiem, poznam nowe potrawy i je wylansuję w swojej kuchni to w ogóle nie wiem co!!! No zabrakło mi słów po prostu. Buziaczki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hania, chciałabym kiedyś z Tobą pogotować . Serio!!!!

      Usuń
  19. Było i kolorowo i smakowicie i przepisowo (to od przepisów), ale niedosyt pozostał - czekam na następne wpisy :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej , ja też mam niedosyt. Najchętniej to bym się tam zatrudniła na stałe.

      Usuń
  20. Cudowny, smakowity post ! Super, że realizujesz swoje marzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Póki co wiele mi sięudaje chociaż nie wszystko . Ale wszystkiego to chyba mieć na raz nie można. Pozdrawiam gorąco

      Usuń
  21. Dlugo czekalam na Twoja toskanska opowiesc, ale sie doczekalam, czekam na przepis Tiramisu, ktore uwielbiam i opowiesc o Twojej wiosce.Wiec zmobilizuj sie i pisz! pozdrawiam z tropikow..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grażynko , a Ty już w swoich pięknych Andach. Znowu będę Ci zazdrościć tej cudnej natury wokół. Elisa robiła tiramisu i było pyszne ale mnie niestety z jej przepisu nie bardzo się udało . Mam dla Ciebie jednak przepis na najpyszniejsze tiramisu jakie jadłam ever. http://lachefnatalerzu.blogspot.com/2012/06/tiramisu.html .Dodam tylko ,że autorem jest mój siostrzeniec i robi je na wszystkie rodzinne okazje i bez okazji a nawet robił kiedyś 300 sztuk na imprezę. Kiedyś zareklamuję jego bloga bo jest mało popularny bo po prostu o to nie dba. Jest na moim bocznym pasku jakby co , Polecam na razie Tobie

      Usuń
    2. Juz zajrzalam na blog...podoba mi sie i sobie bede obserwowala.....jestem w Wenezueli, na razie w Caracas, jak zawsze po tak dlugim niebyciu tutaj wszystkie moje sprawy zwiazane z bankami, emerytura etc..sa sparalizowane, wiec je uruchamiam. Za dwa tygodnie powinnam byc w Andach i odetchnac pelna piersia.
      Zageszczacz do sosow mnie zachwycil, prosty i pewnie bardzo smaczny, kiedy chcialam sie zabrac do zageszczania okazalo sie ze w Wenezueli nie ma maki...wiec nie ma zageszczacza, jezeli chodzi o tiramisu...to nie ma mascarpone, smietany..jajka sa...ale w Andach mam znajomego Niemca, ktory ma krowy wiec tam beda skladniki do tiramisu i na pewno zrobie...Caluje Cie serdecznie

      Usuń
    3. No jest problem z tymi składnikami bo nawet to nasze mascarpone jest inne . Ja sobie przywiozę zapas już niebawem. Chetnie bym Ci podesłała pocztą ale nie wiem czy to dobry pomysł.Sciskam. Odpoczywaj

      Usuń
    4. Nie dobry pomysl na pewno...przesylka by sie zgubila. Ale moj przyjaciel Rudi robi tak dobry kwark, ze tiramisu tez dobre wychodzi...tym bardziej ,ze mysmy sie tutaj nauczyli jesc to co jest! napisalam Ci na moim blogu cos o fado...

      Usuń
  22. Też mi smaka na te pyszności narobiłaś :) Na pewno wykorzystam ten sposób do zagęszczania sosów, nie słyszałam do tej pory o takiej metodzie. Ale mieliście tam fajnie i smacznie!
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak było rewelacyjnie. Bez tego zageszczacza już nie potrafiłabym żyć. Buziaki

      Usuń
  23. Maszko, jakże mi się zrobiło ciepło i błogo po przeczytaniu Twojego posta. Cudowna lektura na taki mokro-zamarzający wieczór. Aż się chce pobiec do kuchni i zacząć gotować. Dzięki za ta odrobinę Italii w środku niby-zimy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli nie ma tego złego coby na dobre nie wyszło. Faktycznie czasami dobrze jest poczekać i wyskoczyć z taką Toskaniąw środku zimy.

      Usuń
  24. Jakie zdjęęęciaaa.... Maszkooo ;))
    I za mało... za mało!!!
    Uwielbiam oliwę truflową ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie przepadałam do czasu kursu. ale to dlatego ,że nie miałam okazji spróbować tak dobrej. Ta ,którą tam spożywałyśmy i którą przywiozłam sobie do domy byłą naprawdę świetna i jestem już przekonana do końca życia. Teraz jadę do Włoch i będę polować na równie dobrą.

      Usuń
  25. PO-KO-LE -I proszę wszystko opisać, ugotować i obfocić!!! Maszka, mam anginę, TAKIE gardło zawalone że herbatę ciężko przełykam, a Ty mi tu takiego smaka narobiłaś, że ślinotok mam i skurcze kurcze w buzi...jak ja kocham włoską kuchnię! No kocham...pasty i pizze i dolce wszelakie i gelato i carne i karczochy...Dwa dni temu oglądałam "Pod słońcem Toskanii" nomen omen:) Zaczarowana jestem potrójnie:) Więcej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ondraszo, nie wiem czy czytałaś książkę ale tam sporo przepisów też. Sorki ,że tak się znęciłam nad Tobą biedną .Będę gotować i focić jak zdążę przed zjedzeniem.

      Usuń
    2. Nie, tylko film:) Ale na filmie widziałam te dania...i aż pachniało:) Chyba nadrobić będę musiała:)

      Usuń
  26. wow! ale smakowite zdjęcia! zgłodniałam!
    Maszko zapraszam Cię więc na moje rocznicowe CANDY! Do wygrania kuchenne przybory będą jak znalazł dla Ciebie:)
    pozdrawiam
    http://paulapearls.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję za udział w mojej zabawie i życzę szczęścia!

      Usuń
  27. Widzę, że wyczarowywałyście wspaniałości kulinarne :-)
    Zdjęcia aż pachną...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  28. Jestem zachwycona tymi warsztatami i Twoja relacją, Życzę Ci abyś na wiosnę również pojechała i podzieliła się z nami kolejnymi przepisami. Czekam na bloga kulinarnego z niecierpliwością:)
    Pozdrawiam!
    Iza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki izo. Może i Ty się wybierzesz? Byłoby super.

      Usuń
  29. ..??? Chcialam dopisac cos do mojego wczorajszego koment.ktöry napisalam i ..znikl... (((
    Kochana dzieki wielkie za CANTADUCCI-dobrze napisalam??
    Ja zamawialam je online z Wloch za prawie 20 euro za niecale 0,5kg...
    Wczoraj byla u mnie kawka z dziewczynami i w trakcie robienia obiadu upieklam je...
    CUDO !!!! Poszly jak swieze buleczki ))
    Wieczorem bylym na tancu i ...wszyscy sie zajadali i chca przepis !!!!!
    Jestem taka dumna z siebie ( nigdy mi pieczenie nie wychodzilo ,zawsze lädowalo w koszu ( ) ,ze wyszlo i smakowalo..
    Moje wyszly XXL,bo zbyt grube zrobilam,ale stwierdzono,ze lepiej bo nie sa takie twarde..
    Dzis pieke znowu )))
    Pisz,pisz o tym kursie !!!
    Pozdrawiam serdecznie !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybys sie znowu tam wybierala,to daj znac!

      Usuń
    2. Ogromnie się cieszę z tego komentarza. Naprawdę jestem szczęśliwa ,że tak Ci się udało i smakowało. Mnie też duma rozpiera.Dam znać.Pozdrawiam

      Usuń
    3. Cantucci albo Cantuccini . Chyba zależnie od wielkości.

      Usuń
  30. Kursik kochana to taki, ze się nieźle zgarbiłam, ho ho, nie dość że przyjemnie to i pożyteczne, pomarzę sobie bo na razie szans na udział nie mam ;)) wspaniały wpis i zdjęcia :))
    buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ula , ciebie do towarzystwa jeszcze tam brakowało. Może jednak kiedyś się uda.Buziaki

      Usuń
  31. Maszka, nie wiem jak to robisz, czytam Twojego posta kolejny raz i się nim "najadam":):) Świetny sposób na dietę. Dziś wysyłam Połowę szanowną do Makro po grzyby m. innymi - ja nie lubię dusić grzybów długo ( choć Mama i Babcia zawsze rozum z nich wygotowywały...:)) bo wtedy są chrupiące (al dente rzekłabym) a nie takie packi rozduszone. Czyli intuicja mnie nie zawodziła. Zagęstnik do sosów bomba, sprawdzę przy pierwszym pichceniu, zasmażki ciężkie i zawiesiste, ale nie znałam alternatywy. Coś więcej o wiosennym wypadzie do Toskanii??? Może nie blog stricte kulinarny, ale cyklicznie dawaj kuchenne rewelacje w etykietach, to pogotujemy razem:) Ścikam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie mało oficjalnie wiem ,że szykuje się kurs w połowie maja. Na pewno będzie pisała Joasia na swoim blogu więc zaglądajcie ale oczywiście ja też poinformuję u siebie jak to już będzie oficjalna wiadomość. A ja Was przekierowuję na kulinarny post mojego siostrzeńca. Na pasku moich ulubionych blogów jest blog " Na talerzu".Buziaki

      Usuń
    2. Może ja taki kurs zorganizuje :)

      Usuń
    3. Piotruś , reanimuj bloga ,bo ostatni post sprzed czterech miesięcy. Bój się boga. A o kursie pomyślimy w swoim czasie. Maciek griluje mięsko w Twojej zaprawie. Ale zapach.

      Usuń
    4. Reanimacja w toku :) Przepis na marynatę do karczku dodany :) Szkoda że nie ma żadnych zdjęć z imprezy u Ciebie gdzie gotowałem :(

      Usuń
  32. a jednak :):):)
    zajrzałam w pracy do posta i musiałam zamknąć, nie, nie szef patrzył, tylko ja patrzeć nie mogłam, żeby ślinka nie ciekła (zamieniłabym ten służbowy lunch, nawet ich kilka na taki przysmak ze zdjęcia ;), ja borowiki jesienią pomroziłam i co rusz sobie na oliwie z cebulką, czosnkiem i solą podsmażam, białe albo różowe winko dość często popijając, za to cantuccini uwielbiam od niedawna, nawet sobie przepis znalazłam, ale Twojemu bardziej ufam i chętnie zrobię ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Joasiu, mnie też nie było łatwo przywoływać te wszystkie smaki i zapachy ale poszło jakoś. Cantuccini banalnie proste więc polecam .Dzięki za zaufanie :-). Buziaki wielkie

      Usuń
  33. Nie mogę doczekać się lata by choć w namiastce popróbować jak smakuje Toskania. Myślę, że nasze warzywa i zioła mimo wszystko smakują inaczej niż tam gdzie słonce i ciepło dają im komfortowe warunki do rozwoju. Przeżyłaś cudowną przygodę. Pozdrawiam ciepło na przekór zimie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, tam wszystko inaczej smakuje i nawet , gdy to wszystko sobie przywieziemy tu to też inaczej smakuje. Taki klimat :-).Oj zima rzeczywiście dziś chwyciła nieźle a ja to przespałam bo migrenka przyszła wraz z zimą. Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  34. Maszko !! Wspaniały post !!!!! Wyjazdu oczywiscie zazdroszczę baaardzo , ale to już wiesz :))) Grzybeczki robię identycznie, też z winkiem białym co zgapiłam od Pani Gessler :)) ale moje to podgrzybki zbierane jesienią niedaleko domku :0)) Od oliwy truflowej to uzależniona jestem od dawna , ale pomysł z zagęszczaczem skopiuję od Ciebie na pewno , ba przyprawę z cytrynką chyba też :0))) Cantuccini jeszcze nie robiłam , ba chyba nawet nie jadłam więc też z przepisu skorzystam jeśli pozwolisz .. Tak więc normalnie prawie tam byłam z Tobą ihihihihihi ale tak poważnie to i ja baaardzo bym chciała , poznać Elisę i wszystkie miejsca , w których byłaś .. Póki co zadowolę się sycylijską oliwą , oliwkami i suszonymi pomidorkami .. mmmm gębo w niebie :)))) Buziaki wielkie !!

    OdpowiedzUsuń
  35. Szczerze powiem ,że oglądam telewizyjne programy kulinarne ale jak chcę coś ugotować wedle ich przepisów to okazuje się,że nie wiem ile jajek, że nie wspomniano ile mąki do ciasta i czy dawać wypiek i takie różne tam. Ostatnio się wkurzyłam na Jemiego Olivera , bo w święta pokazywał dwie albo nawet trzy wersje pieczonej gęsi. Wkładał do piekarnika bez nadzienia a wyjmował cudownie nadzianą. Mało kto podaje przepis od początku do końca uwzględniając wszystkie czynności . Skoro masz sycylijską oliwę , to chyba masz to co najlepsze. My o tej porze pomidory też tylko suszone ale już tęsknie trochę za takimi prawdziwymi.Jeszcze ze dwa miesiące .Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  36. Witaj M...

    Miałaś CUDOWNE wakacje. Te stoły blachy garnki ich rozmiary.... Szkoła u najlepszych.

    Życzę spokoju przy pichceniu.

    Pozdrawiam Irena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Irenko, owszem miałam . Dziękuję za życzenia. mam nadzieję ,że to trwała zmiana we mnie . Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  37. Powiem krotko -aż głodna się zrobiłam;)

    OdpowiedzUsuń
  38. Istne szaleństwo- szparagi zielone wprost uwielbiam, mniam. Ślinka leci, ale niestety wszystkiego nie można. Super jest wziąć udział w takim kursie, ale niestety wszystkiego człowiek się nie nauczy....

    Chorwaci twierdzą, że ich oliwa jest lepsza niż włoska ?
    Tiramisu i ja też spróbuję...
    Pozdrawiam Cię Maszko.

    OdpowiedzUsuń
  39. to było risotto ze szparagami . Ale najlepsze będą w maju. Też nie mogę się doczekać .Nawet nie chcęwszystkiego się nauczyć. Co by wtedy robił mąż. Coraz częściej wmawiam mu ,że on lepiej robi ryby i grila i rzeczywiście robi lepiej bo ja już wcale nie robię. Chorwaci w ogóle mają duże poczucie własnej wartości i tego co mają . I to dobrze. Mnie najbardziej smakowałą oliwa przywieziona z Krety ale być może wtedy tak mi się wydawało a te kolejne próbowane nie wywołały aż takiego spektakularnego efektu. Podejrzewam ,że jest mnóstwo pysznych i każdemu może smakować inna. Ciekawa jestem czy Piotrek zdradził wszystkie sekrety tego tiramisu czy zachował jakiś szczególik tylko dla siebie tak jak to lubią robić prawdziwi kucharze. Mam nadzieję ,że Ci wyjdzie a jak nie to go pogonimy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze jest mieć takiego kucharza w zasięgu telefonu....
      Zazdroszczę Ci tych majowych warsztatów. Tyle ciekawych spraw może absorbować człowieka, a gotowanie to prawie , jak poezja, tylko, że smaku.....

      Usuń
    2. Powiem więcej ,że mam go nawet często w zasięgu ręki a to taki typ ,że nie może wytrzymać jak czegoś pysznego nie zgotuje. Mówię lodówka Twoja i mamy zaraz coś pysznego.

      Usuń
  40. Witaj Marysiu,jak zwykle niezwykle przyjemna lektura,rewelacyjne zdjęcia,a dla mnie garść pięknych wspomnień z tego niezwykłego czasu.Wprawdzie nie wiem,co oni nam na tych warsztatach zrobili,ale ja dostałam jakiegos turbo doładowania do gotowania,ostatnio to nawet buraczki w słoiczki zrobiłam i pasztet mięsny,pierwszy raz w życiu oczywiscie,właśnie zmieniło sie moje podejście do gotowania,teraz często jedną ręką szykuję kolację,a drugą już mieszam ciasto na deser,nabrałam dobrze dobrze pojętej "taśmowości" i przy tym przyjemności.Przed warsztatami w życiu /uwierzycie?/nie zrobiłam drożdżowego ciasta,a teraz pizza jest u nas min.raz w tygodniu,ewentualnie inne wariacje na temat owego ciasta np.pyszne bułeczki,nie ma w weekend świeżego pieczywa?Rodzinko,no problem,w mig będą pyszne bułeczki,w towarzystwie Prosecco najlepej oczywiście.Na sosie bolońskim to juz niby wcześniej zęby zjadłam,ale teraz po warsztatach robię o nibo pyszniejszy,z rzeczoną solą ziołową oczywiście.Cantuccini wychodzą pyszne,a tiramisu akurat robiłam kilka razy wg przepisu Elisy i byłam nim zachwycona,częstowani goście również się zajadali,wprawdzie,to moje pierwsze tiramisu w życiu,więc nie mam porównania,ale smak wyborny,wprawdzie Elisa mówiła,że godzina schłodzenia przed podaniem wystarczy,ale ja zauwazyłam,że po godzinie mocno lejące jest,najlepsze na drugi dzień co najmniej,wiadomo,to surowe jajeczka,więc nie ma co przesadzac z odraczaniem spożycia,ale przenikający mocno do masy aromat kawki i alkoholu oczywiśvie chyba jednak bakteriostatycznie działa.Grzaneczki z oliwą truflową jadłam nie dalej jak wczoraj'przyjęły się u nas bardzo. Świetne :-) te warsztaty,no i dodatkowe atrakcje w postaci nowo poznanych koleżanek,obcowanie z niesamowitą naturą,architekturą i sztuką Toskanii...Niby teoretycznie w trzy popołudnia za dużo się człowiek nie nauczy,ale praktycznie też nie mało ,ale co najważniejsze,odbezpiecza się jakiś ładunek pozytywnej energii do gotowania i nie tylko.Wprawdzie wizja większej liczby osób na kolacji,czy szykowanie świąt działa na mnie jeszcze nadal tak,że lepiej schodzić mi z drogi,ale staram się wyluzowac,ale Ciebie nie podejrzewałam ,ze możesz miec "fieber" przed wizyta gości,myślałam,że nic nie zburzy Twojego spokoju,pozdrawiam gorąco z mroznego kołobrzegu/-14 st./ Iwonka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale miałaś wyczucie czasu Iwonko. Akurat przysiadłam na walizkach przed całonocną podróżą. Czeka mnie Italia ale trochę inna i trochę inne smaki. Cieszę sie,że te kilka jesiennych dni dokonało takich zmian w Twoim podejściu do garów. Pewnie wszyscy z tego mają pożytek ale najważniejsze ,że Ciebie samą to cieszy. Nie mam czasu już więcej pisać. Komu w grogę temu czas. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    2. Ale masz fajnie,ja też pisałam na walizce,ale wybierałam się nieopodal,do torunia i już zdążyłam wrócić,pozdrawiam

      Usuń
    3. Maszko i Iwonko, cieszę się bardzo, że teraz, trochę w inny sposób podchodzicie do gotowania no i do przyjmowania gości. Prawdą jest, że Elisa ma w sobie bardzo dużo spokoju, którym zaraża innych. A z kieliszkiem prosecco to już całekiem luz blues ! Pozdrawiam, Asia

      Usuń
  41. Matko kochana! To znaczy Maszko kochana! Ty wiesz, jak mnie serducho bolało, kiedy czytałam i oglądałam zdjęcia? Ale i uśmiech na twarzy był i jest nadal. Coś wspaniałego! I pomyśleć, że gdyby nie to wesele, to byłabym tam z Wami... O losie...Może uda mi się innym razem. Fajnie, że napisałaś o warsztatach, bo czekałam na to bardzo, bardzo mocno. I nawet się tak coś dziwiłam, że cicho sza, a tu taka niespodzianka :-) Pozdrowienia ślę najgorętsze, prosto z kuchni mojej do kuchni Twojej ;-) Buziaki :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosia, bo ja taka złośliwa maupa jestem. Specjalnie zrobiłam tego posta ,żebyś żałowała. :-). Żałuj i nie przegap następnej okazji jeśli będzie.Dzięki za pozdrowienia. Dziś pachniało pięknie rozmarynem u mnie bo robił się kurczaczek wedle przepisu Elisy. Palce lizać.

      Usuń
  42. Maszko przepisy zapisuję.Grzyby muszę zrobić koniecznie bo uwielbiam smażone no i przyprawa do mięsa!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie musisz czekać na nową jesienną dostawę . Ja uzywam od dawna już tych mrożonych i są równie dobre.Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  43. A już miałam Ci się przypominać w sprawie tego wyjazdu. Wiedziałam, że będzie ciekawy, ale że aż tak? Czytało się pysznie,więc liczę, że cdn. :) Zaskoczyłaś mnie tym, że smażenie zaczynamy od prawie zimnej oliwy... chociaż czasami tak mi się zdarza w pośpiechu, to jednak placki dobre wówczas nie wychodzą, ale dla smaku warzywek jest ok. Odtąd więc będę mówiła, że to nie kulinarne foux pas z mojej strony, tylko działanie zamierzone ;) Latem wrócę do Twojego przepisu na przyprawę - na pewno jest świetna. Pozdrawiam cieplutko, niech Ci tam śnieg łączy nie zasypie i pisz dalej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Placki na oliwie to nie wiem czy dobrze tak smażyć . Na pewno nasiąkną. Jeśli chodzi o takie smażenie na głębokim tłuszczu to Elisa używała oleju arachidowego. Ja używam zamienne z ryżowym. Ni musisz czekać do lata. Widziałam w sprzedaży świeże gałązki rozmarynu i szałwię. Nie musisz robić dużo.Sniegu było faktycznie bardzo duzo ale udało się nam uciec zanim pozamykali drogi.

      Usuń
  44. Ciasteczna na litere " C" w sam raz na moje zdolnosci kucharskie!!!! W sobote bedzie ciasteczkowe wejscie smoka /smiech:!!!
    Czytajac, ogladajac... bylam TAM!
    Serdecznosci
    Judyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję ,że dałaś radę :-). Buziakli

      Usuń
  45. witam, widziałam u Pani zasuszone hortensje , jeśli zna Pani sposób , aby tak ładnie się zasuszyły to proszę kiedyś wspomnieć o tym,mam wiele krzewów hortensji , a nie umiem ich zasuszyć.Pozdrawim Jola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmmm.Mam zasuszone ale obawiam się ,że Twój wzrok mógł paść na sztuczne. Są dobrze zrobione i nawet szeleszczą jak prawdziwe :-) . Nie wszystkie odmiany hortensji dobrze się zasuszają. Najlepiej jak najdłużej pozostawić je na krzewach a po ścięciu zawiesić kwiatostanami do dołu w jakimś niesłonecznym i przewiewnym miejscu. świetnie zasuszają się te małe pojedyncze kwiatuszki nawlekane na drucik w formie wianka .Pozdrawiam

      Usuń
  46. Zdolna z Ciebie dziewczyna!!!

    OdpowiedzUsuń
  47. Kochana Maszko, dopiero dziś na spokojnie przysiadłam i przeczytałam Twój post z warsztatów. Oprócz oczywiście Twojego gawędziarskiego stylu, bardzo lubię Twoje zdjęcia. Niby widziałam te same rzeczy, ale fajnie jest popatrzeć na nie z Twojej perspektywy. Naprawdę cieszę się bardzo, że wyniosłaś tyle miłych wspomnień i ciekawych refleksji z tych kilku dni pobytu. Pozdrawiam, Asia

    OdpowiedzUsuń
  48. Po pierwsze dzięki Joasi (visitoscana) yu trafiłam.
    Po drugie zazdroszczę. Tak strasznie chciałam pojechać jesienią, później marzyłam że może uda się na wiosnę, ale raczej nie ma szans.
    Czekam więc na więcej przepisów, żebym mogła choć z daleka poczuć tego, czego doświadczały uczestniczki kursu.
    To musiało być wspaniałe.
    Proszę, proszę o przepisy.

    OdpowiedzUsuń
  49. Narobiłaś mi apetytu. I to nie tylko na jedzenie, ale przede wszystkim na smakowanie życia ;)

    OdpowiedzUsuń
  50. Oj zrobiło się smakowicie. Fantastyczna relacja. Częstuję się przepisem na przyprawę. :)

    OdpowiedzUsuń
  51. Pięknie napisane! Dzięki za przepis na przyprawę!
    aga

    OdpowiedzUsuń