piątek, 4 maja 2012

zielono biało czerwono z wątkiem ruskim i angielskim

Wiecie, bardzo mnie dziś duża przykrość spotkała , bo siedziałam nad tym postem od późnego popołudnia. najpierw miałam problem ze zdjęciami, bo mi się ustawiały w dowolnej kolejności i nie mogłam dać im rady . jak już mi  się udało to opanować , przeniosłam się na laptopa ,żeby mieć na oku rodzinkę ,chociaż laptopa nie lubię używać . No to się zemścił. Po naciśnięciu przeze mnie przypadkiem jakiegoś klawisza  , zniknęło mi wszystko , oprócz tytułu. A powiem ,że przyłożyłam się tym razem naprawdę starannie . Tytuł został i postanowiłam go  już nie zmieniał ale w zasadzie cała zieleń zniknęła a była to rzecz dotycząca pokrzywy a to przecież głównie chlorofil . Więc zielonego tylko trochę.Nie będzie też już dziś wątku ruskiego bo był bardzo obszerny i zdjęciowo i tekstowo ale o tym wspomnę jeszcze w miejscu , gdzie miał być . W zasadzie już mi się w ogóle po tym wydarzeniu nic nie chciało robić na blogu ale chciałam ,żeby chociaż biało czerwono zostało , no bo kiedy jak nie dziś? Wątek zielony zrobię przy najbliższej okazji. wątek ruski może też. Wątek angielski zostawiam bo to zaledwie dwa zdjęcia i jedno zdanie .Śmiesznie tak , bo mam wrażenie ,że się będę trochę powtarzała a nie przepadam akurat za tym i u siebie i u innych ale powtarzam się w sumie tylko sama przed soba wiec jakoś to przeboleję .Na dodatek nigdy nie uczyłam się niczego na pamięć , nawet  wiersze  mówiłam swoim zdaniem więc może nie będę nudna sama dla siebie przynajmniej :-). mam nadzieję też , że nie uda mi się drugi raz strzelić w tego klawisza. Nie wiem który to i w tym chyba największy problem. "Nie wiedzieć  , to żyć w zagrożeniu " jak to ktoś mądry powiedział. No więc avanti .Flaga mi wyszła włoska przez tę zieleń a zielono stąd ,że faktycznie jest wokół bardzo zielono a z Włoszki chyba mam sporo a jak nie mam to przynajmniej chciałabym mieć. Z tymi flagami polską i włoską to jest tak ,że różnią się tylko tym dodatkowym zielonym paskiem we włoskiej. No i będąc w Italii podczas ich jakiegoś święta narodowego spotkała mnie taka przyjemność ,że miałam wrażenie iż na mój przyjazd całe miasteczko się wystroiło w polskie barwy narodowe. Niestety, prawda była inna. otóż , ta zieleń we włoskiej fladze starannie się okręciła pod wpływem powiewu wiatru wokół patyczków i został tylko biało czerwony. Niemniej jednak czułam się tam dobrze chociaż akurat tam to ja się czuję dobrze nawet jak wisi cokolwiek albo jak zupełnie nic nie wisi. po prostu tam to może wszystko zwisać ,bo tam to przeważnie jest luzik , wakacje , słoneczko ,wineczko i śpiew (oczywiście w wykonaniu włoskich gwiazd estrady). Ale zupełnie wyszłam z tematu . bo miałam pisać ,że nazwałam mojego manekina Mańką . Mnie się podoba .I postanowiłam Mańce przyodziać jej rozdartą pierś .Mańce się chyba spodobało ,bo nie protestowała. A ja niewystrojona wzięłam się za zielone czyli zrobiłam to , co już dawno powinnam zrobić , mianowicie przycięłam mirta.I tu w wersji oryginalnej było sporo szczegółów o mircie ale sobie teraz odpuszczam .Zdjęcia nie ma bo wygląda po tym zabiegu żałośnie . Za to mogłam sobie zrobić aż dwa wianki i to mnie wprowadziło w dobry nastrój , który w zasadzie trwał tego dnia do wspomnianej już przeze mnie wcześniej chwili zwanej w późniejszej treści "klawiszem".
Dokonałam też pierwszego zbioru majeranku i jak  tak siedziałam w otoczeniu tych woni to uświadomiłam sobie , że przyszła pora na zmianę zapachu z zimowego na letni. Powiem tak : Hermes i seria Un Jardin to właśnie zieleń, świeżość , mirt i majeranek i cytryna  i wszystko co najpiękniejsze w zapachu lata. Ogrodów Nilu zostało mi z ubiegłego sezonu co nieco ale Ogrody śródziemnomorskie wykończyłam do ostatniej kropli, więc wiadomo , gdzie trzeba się niezwłocznie udać. Nie potrafię bez nich . Muszę je latem mieć .
Póki co w kuchni pachnie ogrodami Hermesa za sprawą moich wianków i suszącego się bukieciku majeranku
No i z okazji święta sięgnęłam do lektury , do której zwykle sięgam przy takiej okazji ,żeby wiedzieć więcej. Bo mottem tej książki jest zdanie Zygmunta Glogera :"Obce rzeczy wiedzieć dobrze jest , swoje -obowiązek ". No i się dowiedziałam po raz kolejny , bo poczytuję od lat ale ciągle coś nowego mi zostaje w pamięci. Skąd się wzięło świętowanie majowe? Nie zawsze było kojarzone ze świętem mas pracujących chociaż......... kiedyś to w pierwszy dzień maja zaczynał się sezon pasterki i bardzo wesoło i kolorowo obwieszczano o tym wszem i wobec. A dzień wcześniej czarownice negocjowały z diabłem plan działania na nadchodzący sezon ( komu jakie szkody poczynić) . Pisali już o tym Goethe w " Fauście", Joyce w "Ulissesie" i Bułhakow  w "Mistrzu i Małgorzacie"(polecam rosyjski serial dziesięcioodcinkowy chyba z 2005 roku -super). I już nawet starożytni świętowali z okazji pierwszej zieleni. Maja była w mitologiach zarówno greckiej jak i rzymskiej ważną personą . W Greckiej -najpiekniejsza z Plejad, córka Atlasa, kochanka Zeusa , matka Hermesa (nomen omen z perfumami). u Rzymian była czczona jako matka ziemi , bogini natury i rozmnażania. To jej imieniem nazwano najpiękniejszy miesiąc i w większości języków brzmi podobnie. i wiele innych ciekawostek można doczytać w tym wydawnictwie łacznie z kulinarnymi receptami na bardzo ciekawe przysmaki . Polecam.
Moje wydanie jest z 2003 roku ale książka została wznowiona w 2011 i widzę ,że jest dostępna w innej szacie graficznej ale objętościowo to chyba to samo bo liczba stron niezmieniona.
I tutaj nastąpiło nawiązanie do przepisów kulinarnych i cały mój wywód na temat najbardziej polskiej z polskich potraw czyli ruskich pierogów. podałam po prostu przepis bogato ilustrowany bo dziś je poczyniłam z okazji  święta narodowego a mój ojciec uznał mnie za znawcę temtu a on jest ekspertem nad ekspertami wiec sobie pozwoliłam . Ale wiadomo klawisz wszystko unicestwił więc kto był zainteresowany musi obejść się smakiem. Jeśli pod tym postem pojawią się choć trzy sprawiedliwe wpisy pragnące wątku ruskiego to do niego wrócę a jak nie to zapomnę . Po pierogach na deser miał być średnio smaczny sok z pokrzywy  ale może to i lepiej ,ze nie zaserwowałam. Ale o pokrzywie napiszę, bo już byłam wystarczająco proszona ;-), z tym ,że nie dziś. Dziś miłym akcentem na koniec dnia był ten deszczyk przemieszany z  płatkami jabłoni.
Wątku angielskiego nie zdążyłam podjąć a miałam zamiar trochę szerzej o tych angielskich pelargoniach bo jest różnica w pielęgnacji między nimi a tymi rabatowymi powszechniej znanymi ale już nie daję rady. Napisze tylko,że ulewa ich nie dotknęła bo sobie pod dachem wesoło patrzyły na świat nie wiedząc co za klawisz się na nie przyczaja.

A biało czerwona sobie dumnie powiewa mimo ,że deszcz jej nie oszczędził. I chyba już nikt nie ma wątpliwości ,że ani ze mnie Włoszka, ani Rosjanka , ani Angielka mimo ,że lubię wszystkie i w sumie mam z każdej "coś"
d

wtorek, 1 maja 2012

majówka

Jak dobrze jest się obudzić w maju. Nie będę oryginalna - kocham maj. Przeważnie każdy lubi miesiąc , w którym się urodził ale chyba każdy też kocha maj. Dlatego ja kocham maj podwójnie.mam do tego szczególne uprawnienia. Żałuję ,że nie mogę umieścić na blogu dźwięków , zapachów i smaków. Znaczy się, dźwięki chyba mogę ale jeszcze tego nie opanowałam. Pięknie ptaszki świergolą z rana wśród tych gałęzi. Wystarczy tylko otworzyć szeroko okno i wdychać ten maj ile się tylko da .
Nie będę ściemniać , truskawki u mnie dopiero kwitną i będą gotowe do spożycia końcem miesiąca .
Nie mogłam się jednak oprzeć pokusie i zakupiłam te importowane , ale jakże pyszne bo pierwsze. Biszkopt, na to krem grysikowy , truskawki i galaretka cytrynowa.
To właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej.
Tygrysy lubią tez bardzo pelargonie rasy angielskiej i takie właśnie nabyłam wczoraj a dziś się nimi zajęłam. Niezwykle energetyzujące kolory. Może kogoś zdziwi ,że pelargonie angielskie trzymam na zewnątrz ale dodam ,że ustawione są pod zadaszeniem więc zmoczenie im nie grozi. Chyba najbardziej szkodzą im opady i chłód oczywiście ale póki co lato zapowiada się upalne więc zapewne przyjdzie mi biegać z konewką tam i z powrotem.
Dziś musiałam uruchomić zraszacze . Oczywiście dopiero wtedy gdy słońce przestało tak mocno prażyć. Rozkwitają ciągle to nowe tulipany. Kiedyś miałam szczególny sentyment do liliokształtnych i raczej białych ewentualnie kremowych lub innych bardzo pastelowych. teraz nie potrafię się oprzeć najróżniejszym i w kształcie i w barwie.  Potworny bałagan mi się z nimi robi , bo jak przekwitną to nigdy nie wiem jakie w tym czy w innym miejscu kwitły. Jesienią dosadzam i niekoniecznie zważam na to czy pasują czy nie.Mam to jednak gdzieś. Jeśli bardzo nie będą jedne do drugich pasowały to najwyżej zetnę na bukiet i po sprawie.
O miesięcznicy już pisałam gdzieś. Lubię gdy się pojawia tu i tam . Dobrze rośnie i w cieniu
i w słońcu
No i mój klasyk
Córa ( w środku) przyjęła dziś gości na łące.
Niech sobie gadają . Ja wracam do bardziej cywilizowanej części ogrodu . czujecie ten zapach?
Porzeczki też  ślicznie zakwitły. ktoś mówił ,że była ciężka zima ale owocowym to chyba nie zaszkodziło.
No i chyba nadszedł czas na syrop pinii. w tym roku chyba będę miała syrop trzeciomajowy.
Ten deszcz to tylko zraszacz ale bardzo przyjemnie jest sobie siedzieć w suchym i patrzeć ,i słuchać i czuć
W międzyczasie jak tak siedziałam dzieci wróciły na słoneczną stronę
chociaż  właściwie już nie aż tak słoneczna. Taras jest od południowej strony. o godzinie 10 przed południem nie dałam rady chodzić po nim na bosaka tak strasznie był nagrzany. Teraz już chyba nie jest skoro siedzą i nie krzyczą.
A ja powędrowałam  do komputerowni i przy okazji zrobiłam zdjęcie chmurce ( to nieulistnione drzewo to lipa )
chmurka całkiem niewinnie wyglądała a troszkę pokropiło.
A w czasie , gdy zgrywałam te wszystkie zdjęcia, dzieci zrobiły grilla i przyniosły mamusi ,żeby tu z głodu nie umarła. No i wpałaszowałam tą karkówkę w tri miga i nawet mi do głowy nie przyszło ,żeby zrobić fotkę. No to zrobiłam już po
Było pysznie. Jutro drugi dzień maja. chciałabym zatrzymać czas , chociaż mogłoby więcej popadać.