poniedziałek, 19 listopada 2012

Idy listopadowe

Dziś już nie ma słoneczka.  I może lepiej ,bo mnie nie korci ,żeby wyjść na ogród (ile tam jeszcze roboty!!!!!)Dwa dni przeleżałam plackiem w łóżku .Laptop był moim towarzyszem niedoli ale szczerze powiedziawszy nie mogłam zbyt dużo czytać ,bo głowa mi pękała i oczy łzawiły. Wzięłam "toto'' na poty i przyznam ,że dość skutecznie pozbyłam się najgorszego . Trochę osłabiona jeszcze ale wydaje mi się ,że gorzej już nie powinno być tylko lepiej. Teraz muszę uważać ,żeby za wcześnie nie wybiec na bosaka na taras i pamiętać ,że do kozaczków wypadałoby jakaś skarpetkę założyć. Pociechą jest to ,ze siedzę sobie tak tu w komputerowni a nie na łóżku i do okna zaglądają mi śliczne kolorowe gile .A to znaczy ,że zima

 .Przyleciało całe stadko. Ciekawe czy to te same co w ubiegłym roku? Bardzo miły widok na łysej czereśni. A ja wczoraj przeczytałam komentarz do mojego ostatniego candowego posta .Dodam ,że pisany był we wrześniu i ktoś bardzo liczy na wygraną :-). Przyznam ,że ciągle ktoś jeszcze się dopisuje .Chyba nie pousuwałyście moich banerków ,co? I co ja mam zrobić? Chyba powinnam ogłosić kolejną zabawę. Muszę tylko chwilę pomyśleć ,co i jak i pewnie to zrobię jeszcze przed świętami. Czyli można powiedzieć ,że gile to zapowiedź mojej zimowej zabawy i już chyba wiem na pewno ,że będzie na biało, no i emaliowo ,bo jakżeby inaczej. Chciałabym coś własnoręcznie wyprodukować ale byłyby to chyba tylko marchewki i buraczki :-) no i bukiety .Może kiedyś coś wymyślę. Ale póki co chciałam jeszcze wrócić wspomnieniami do ubiegłego tygodnia , kiedy to słonko pięknie przyświecało a ja cała dumna ,że taki okaz zdrowia i że paskudny krążący wokół wirus mnie nie dopadł , buszowałam po ogrodzie ,prawdzie więcej z grabiami niż z aparatem ale coś tam udało mi się uchwycić,bo naprawdę trudno się było oprzeć temu światłu.Jak to u mnie wygląda jesienią?

 Otóż liście, tony liści zgrabiam tylko ze ścieżek i trawników i pozostawiam na rabatach jako zimową pierzynkę . Zbieram je dopiero wiosną. Usuwam butwiejące części roślin i idą od razu na kompost.Niektórym przekwitłym kwiatostanom pozwalam jeszcze pozostać chwilę , póki śnieg ich nie połamie. Róże kopczykuję , gdzie się da  ziemią ,gdy nic wokół nich nie rośnie a gdy są byliny używam kory albo liści. W ubiegłym roku dawałam korę więc aby jej nie było zbyt dużo to w tym roku zastosowałam liście. Donice ,które są wielkie i nie chce mi się ich przenosić na zimę okrywam przyciętym bluszczem. Bluszcz obcinam wszędzie tam , gdzie wchodzi na ścieżki ,żeby ułatwić sobie ich odśnieżanie.

Na lawendę nakładam te paskudne plastikowe cylindry , w których rosły ogórki a na to jeszcze kładę piękne złote liście paproci. Paprocie są niezastąpione w moim ogrodzie ,bo wiosną można nimi ściółkować warzywnik a jesienią służą jako okrycie. Wracając do róż. Uwielbiam ,gdy jest już po przymrozkach i na krzewach pozostają takie jakby szklane kwiaty. Już nie przekwitną . Już takie zostaną  do czasu , kiedy to trzeba będzie okryć cały krzew ale z tym poczekam do jakiegoś pięknego grudniowego dnia. Najlepiej do tego służy szara włóknina

. Jakby ktoś nie wierzył w truskawki w listopadzie , to dowód na to ,że są i to wcale nie w szklarni lecz w donicy.W warzywniku został szczaw ,który trzeba będzie okryć jakimiś gałązkami , rzeżucha ogrodowa teraz szczególnie pikantna i kilka krzaczków botwiny ,żeby sprawdzić czy rzeczywiście zimuje w naszym klimacie.Póki co trzyma się świetnie. Nasiał się też ogórecznik ale to pewnie jego ostatnie chwile.
Ciekawa jestem jaka jest zależność w spadaniu liści z drzew ,na których jest budka dla ptaków i gdy nie ma budki. To pytanie do Megi moherowej z okazji wyróżnienia. Dodam ,że brzozy rosną tuż obok siebie i są tak samo narażone na światło , wiatr i wchodzenie na nie kotów.
No i wreszcie można zobaczyć trochę wsi z mojego tarasu ,bo liście opadły. Wolę jednak jak są
Gdy tak sobie tu siedziałam odwiedziło mnie ze dwadzieścia gili, jedna sójka i przeleciały nade mną setki gęsi w pieknych kluczach. Te niestety bardzo trudno było mi uchwycić ,bo taki klucz jest bardzo szybki. Lecą na północ , tam gdzie wody nie zamarzają . To chyba coś wróży. Szykujcie dziewczyny kożuszki.
Mam też stadko wiernych ptaszków i różę , która kwitnie bardziej lub mniej intensywnie przez cały rok. Teraz jest intensywnie.

sobota, 17 listopada 2012

Ciepełko z drewienka

Właśnie skończyłam myć podłogi na poziomie parteru. Nie macie pojęcia albo raczej macie , jaki to luksus móc biegać po domu na bosaka. Wprawdzie kurz jeszcze na wszystkim ale jak podłoga czysta i okna to w zasadzie można powiedzieć ,że jest posprzątane.

 No dobrze, tak się trochę pocieszam bo przecież wiem ,że do posprzątania to mi brakuje kilka tygodni harowania.Ale..... idzie ku dobremu. Wiem ,ze powinnam już dawno grzać ciało pod kołderką ale nie mogłam sobie odmówić przyjemności podzielenia się z Wami nowiną (przecież trwacie ze mną w tym remoncie od początku).Otóż nastapiło dziś cudowne uruchomienie systemu grzewczego i zadziałało.

Powiem ,ze byłam pełna obaw ,bo nie do ogarnięcia była dla mnie ta cała instalacja ale najważniejsze ,że jest ciepełko i to tanie ciepełko. Tanie w sensie ,że opał tani ,bo cała inwestycja niestety do najtańszych nie należy ale na pewno się zwróci. Do tej pory ogrzewaliśmy olejem i mój maż się mocno wkurzył , gdy dotarł do rachunków sprzed 10 lat , kiedy to litr oleju opałowego kosztował niewiele ponad złotówkę a obecnie sporo ponad pięć. Nie będę Wam mówić ile rocznie oleju przepalaliśmy ale słowo daję ,że można by za to kupić domek w cieplejszym klimacie. Więc nasz kominek ,który był kominkiem dekoracyjno rekreacyjnym zmienił  nie tylko sam wygląd ale i funkcje.
A posta napisałam bo jak tu nie pisać skoro mnie tak mile zachęcacie w komentarzach pod poprzednim. A teraz zrobię sobie kąpielkę i będę się grzać myślami o kominku i nim samym. Ps. Zdjęcia  to jeszcze cały rozgardiasz . Wygląda prawie identycznie jak w antykwariacie pana Łukasza .Ciekawa jestem gdzie ja to wszystko teraz upchnę bo obiecałam sobie ,ze salon odgracam i niewiele rzeczy tam wróci :-). I jeszcze dodam ,że udało mi się je(zdjęcia znaczy się ) umieścić według instrukcji z Enter . Jesteście wielkie i ja też.
ps. Dla Niezapominatki kafelek z pieca :-),jeszcze w sklepie ,jeszcze z pytaniem kupić czy nie kupić. No i kupiłam.
No i z pewnych względów skróciłam tekst . PRZEPRASZAM

piątek, 16 listopada 2012

Słodka ściągawka

Od czego by tu zacząć? Może od tego ,że boli gardełko i taka jakaś osłabiona jestem.To pewnie dlatego ,że wczoraj byłam u Uli z anielskiego a ona jakieś wirusy rozdaje .Pozazdrościłam i mam. Dlatego też tu siedzę,bo powinnam już szorować okna w salonie. Mam ich sześć taaaakich od samej ziemi tzn. od posadzki . Zazdroszczę tym co mają małe chatki z małymi okienkami. Kiedyś ludzie byli mądrzejsi .Dom miał sens . W moim sprzątanie nigdy się nie kończy. dać komuś zarobić? Hmmmm , chętnie ale....juz to przerabiałam i jakoś mi ten model nie do końca pasuje.Ale nie o tym miałam jak zwykle poszłam inną ścieżką. O czym miałam ? Zaległości to ja mam ogromne. Doskonale pamiętam co obiecałam. Miałam napisać posta o moich różach z historią, miałam zrobic plan mojego ogrodu, miałam napisać co robiłam ,jak się smażyły powidła . Ostatnio obiecałam Grażynce ,że pokażę Lizbonę moim okiem. Chciałabym też pokazać St.Petersburg , Florencję ,Tykocin ...... Miałam się pochwalić upominkami jakie dostałam ale , przy tych remontach jeszcze nie wszystkie odnalazły swoje właściwe miejsce . Miałam się pochwalić ,że u Kasi Bellingham "Na ogrodowej" są moje zdjęcia dalii niepublikowane na blogu i artykuł o vegecie według przepisu Basi z S. I jeszcze chciałam zrobić posta z wyróżnieniami i w ogóle porządek z nimi ,bo mi się trochę tego nazbierało i nic z tym nie robię. Megi mi wczoraj znowu wyróżnienie dała z uzasadnieniem ,że jeszcze nic od niej nie dostałam.Dobre i takie . Pytania zadane więc trzeba będzie odpowiedzieć, wytypować swoje wyróżnienia i zadać swoje pytania. Jestem pełna podziwu ,że tylu z wam tak łatwo to przychodzi. Ja muszę pomyśleć.Właściwie o czym jest ten post ? Miałam też o kosmetykach ,bo po ostatniej rozmowie z Dagmarą chodzi mi po głowie ,żeby sobie kremy robić samodzielnie. I o zapachach oczywiście ,bo ja nosa mam dużego i wrażliwego no i te buteleczki z warszawskiej fabryki woni . Ale to nie dzisiaj. Wyjątkowo dziś zaczęłam , bo piszę tekst a potem będę umieszczać zdjęcia. A może zrobić posta bez zdjęcia skoro odkryłam ,że tekst wcale nie musi być podpisem pod zdjęciem ? Tylko ,że nie mam aż tak fajnego tekstu ,żeby post był atrakcyjny bez zdjęcia. Tu wymieniłam kilka blogów , które uwielbiam ale .....wykasowałam ten tekst. Trwajcie w niewiedzy :-). U jednej z dziewczyn( teraz już wiem ,że to Niezapominatka) ostatnio trafiłam na pomysł , co zrobić ze starymi przepisami .Ona je oprawiła w ramki, każdy oddzielnie. Przyznam ,że mnie już od dawna chodził po głowie podobny plan. Tych przepisów mam całe mnóstwo. Jedne pisałam sama , inne od kogoś dostałam. Niektóre ,kompletnie nic mi nie mówią ani od kogo ani na co właściwie są . Niemniej jednak nie potrafię ich się pozbyć i sobie leżą w ikeowskim pudełku razem z kucharskimi książkami. Czasami jakiegoś potrzebuję i wtedy jest przegrzebywanie wszystkiego. Przyznam,że niekiedy przepis jest mi nieodzowny. Są takie przepisy ,których używam od wieków i nie potrafię ich sobie zapamiętać. To tak jak z numerem własnego telefonu- nie znam go chociaż inne liczby zapamiętuje bez większych trudności.Na przykład bardzo prosty przepis na faworki , muszę mieć gdy je robię bo pomylę jak nic ilość jajek i mąki i za skarby nie wyjdą. Bez receptury też potrafię różne rzeczy robić ale zazwyczaj za każdym razem wychodzi coś innego. Tak więc postanowiłam zrobić sobie podręczną sciągawkę w kuchni i umieściłam w ramce te przepisy , z których rzeczywiście korzystam . Niektóre pisane moją ręką ale prawie 30 lat temu ,tak jak przepis na makowca z bakaliami i jabłkami . Pierwszy raz robiłam go na 18 urodziny mojej przyjaciółki. Przepis dostałam od siostry i zapisałam sobie na kartce pewnej książki kucharskiej, która po wielu latach użytkowania rozsypała się i znalezienie w niej czegokolwiek graniczy z cudem. Jest też przepis na ciasto biszkoptowe z owocami mojej mamy pisany jej ręką. Wszystkie je łączy to ,że są słodkie chociaż ja zazwyczaj cukru daję o wiele mniej niż jest w recepcie. Ramka jest z ubiegłego wieku .Już wtedy miałam słabość do bieli. Pierwotnie była w nią oprawiona reprodukcja "Maków " Moneta.Była mocno pokiereszowana więc ją pomalowałam ale nie do końca wiem czy dobrze zrobiłam.Przedwczoraj odebrałam szybkę a wieczorem oprawiłam. Wczoraj rano doszedł do mnie z kuchni gromki śmiech mojego M. Po prostu go to rozbawiło . Mnie też podoba się zamieszczony w kolażu tekst następującej treści :Napisałam jeszcze dwa inne przepisy na ciasteczka świąteczne i migdałowe .Te przepisy są godne uwagi a ciasteczka pyszne .Smacznego!Ewa W.... . No i myślę kto to jest ta Ewa W . I jak tu zapamiętać przepis jak się nawet człowieka nie pamięta.                                     Ps. Zdjęcia oczywiście poszły przed tekstem i nie potrafię ich ustawić tam gdzie bym chciała. Pomocy!!!. Ps.2 Post wyszedł o przepisach a miało być chyba o wczorajszym pięknym dniu i o tym co się dzieje w ogrodzie. I znowu mam kolejną zaległośc. Jest na to jakiś sposób?

środa, 14 listopada 2012

Dzień w skrócie

Z dedykacją dla Hannah ,żeby się nie martwiła. Wszystko jest dobrze, tylko trochę dzień krótki i wszystko w biegu. Flaga jeszcze powiewa ale to chyba nie grzech. Dodaje światu trochę kolorów ,bo powoli zaczyna ich w naturze brakować. Kapusty w skrzynkach mają się nieźle i chociaż już mam pomysł co by tam zmienić , to póki co niech będzie jak jest. Czasu brak. Podłoga w kuchni lśni co widać po odbijających się w niej doniczkach z ziołami.Ale niech to nikogo nie zmyli- remonty trwają. Odnalazłam w tym całym bałaganie moje skarby tzn, maleńkie buteleczki z fabryki zapachów. Jak będę miała więcej czasu to je przedstawię bliżej. Są w nich zamknięte zapachy jeszcze sprzed wojny. Inne są puste ale mam na nie pomysł. Może do świąt mi się uda zrealizować. Sarki już nie kicha ale ciągle ma zakaz wychodzenia .Próbuje mnie uwieść swoim słodkim spojrzeniem . Nic z tego kotek. Katarek koci to nie byle katarek. To poważna choroba. Dzbanki ciągle się całują i też mi się zachciewa jak tak na nie patrzę. Najmilszy akcent dzisiejszego dnia - przesyłka z Italii. Małgosiu u mnie w kuchni dzięki Tobie przenoszę się w czasie w rok 2013 i zwiedzam Wasz kościółek .Dlaczego nie poszliśmy na tę mszę wtedy ? Zadaję sobie to pytanie od sierpnia. Tak ,że wszystko gra Hanuś. Słoneczne całuski dzisiejszego dnia dla wszystkich.

wtorek, 6 listopada 2012

Dynie, koty i roboty

Nie mogę Wam jeszcze zbyt wiele pokazać ale widzę światełko w tunelu i nadzieję ,że niebawem się odgruzuję i będę mogła bez wstydu pokazać Wam szersze kadry . Póki co ,życie w kuchni powoli wraca do normy.W sobotę skończyłam malowanie ścian. Dwa razy podkład i dwa razy tikkurila .Zgadniecie jaki kolor? Biel oczywiści. Dałam sobie wymieszać taki ciepły odcień . Jestem zadowolona tylko.....wychodząc z kuchni robi mi się jakoś ciemno i straszno. Postanowiłam ,że sukcesywnie powracam do białych ścian wszędzie. Zobaczymy jak długo wytrzymam w tym postanowieniu. Jutro jednak muszę kupić farbę do salonu bo pojutrze przychodzi pan malarz.O ile kuchnię mogłam pomalować sama to malowanie sufitu na wysokości pięciu metrów ,trochę mnie przerasta.Pytacie po co taki wysoki salon? Też się sama siebie pytam. Może po to ,żebym nie musiała całego domu sama malować no i na pewno po to ,żeby mogła stanąć choinka ,która została przeceniona ,bo nikt takiej wielkiej nie chciał kupić. Szczerze powiedziawszy ta wielka choinka to też żadna pociecha bo ubrać to pół biedy jeszcze, ale z rozebraniem zawsze jest problem . No ale o choince to może innym razem pisać będę bo to jeszcze nie ta pora. No więc w kuchni jeszcze drobiazgi zostały ,jak zawieszenie szafek wiszących ,bo w ostateczności zmieniłam na otwarte półki.Trzeba zamontować uchwyty , jakieś wieszaczki i takie tam różne pierdułki ,bez których trudno żyć. Mebli generalnie prawie nie zmieniłam .Zamieniłam zlew na mniejszy ,zmywarkę na mniejszą, płytę grzewczą na większą ,okap na większy. Trzeba było przenieść kilka gniazdek , odpływ , komin wentylacyjny no i stąd ten cały rozgardiasz.Nie cierpię , nie znoszę , nienawidzę gruzu i pyłu. Mój biedny Sarki (ten czarno biały)aż się  pochorował od tego kurzu.No nie wiem do końca czy od kurzu ale miał wymioty i nie jadł i bardzo szybko się odwodnił. Kocia ciocia powiedziała ,że to zatrucie i dostał kroplówkę i przeciwwymiotne. Przeszło mu dzięki bogu,ale na dwór nie wychodzą oba ,bo gdybym wypuściła Iro to Sarki by się zapłakał.No to siedzą i wymyślają co by tu spikusować.Chłopczyk generalnie jest grzeczny ale jego siostra nie byłaby sobą gdyby czegoś nie zwojowała. Coś nowego ,to jest to co ją zwykle bardzo interesuje. Dynie sweterkowe dostałam już jakiś czas temu ale ze względu na wszechobecny syf nie zostały wyeksponowane. Dziś nadszedł wreszcie ten dzień ,kiedy mogłam sobie zrobić z nich wystawkę . Ciekawa jestem czy zgadniecie od kogo one są . Podpowiem ,że chyba każda z Was zna te złote rączki a jak nie zna to chyba jest z innej planety :-). O prezencie od Niej napiszę niebawem bo dynie to nie wszystko. Ja się w nich zakochałam i jak widać Iro też. Kilka razy już ją goniłam i musiałam odbierać dynie siłą. W zasadzie się jej nie dziwię ,bo też nie oddałabym ich za nic.Udało mi się chwilowo odwrócić jej uwagę od dynii za pomocą chwościka. Oby tylko jej się zbyt szybko nie znudził. Na wszelki wypadek na noc dynie schowam do szuflady. Niby jestem ciekawa jak wygląda ich miąższ ale nie aż tak ,jak może być ciekawy kot.

Granat

 Ikeowski ,żeliwny gar w kolorze granatowym ogromnie dopomógł mi w tym ostatnim poście z serii "jesień w kolorze tęczy" .No bo granatowy owoc jedynie z kształtu może przypominać granat .Przepis na sałatkę z granatem odnalazłam dawno temu w książce Nigeli Lawson .W oryginale jest użyta baranina ale jako ,że ja nie jestem znawczynią ani specjalną smakoszką tego mięsa  skusiłam się do zastosowanie  wołowego rozbefu i posmakowało . Kiedyś w ten sposób podałam również królika .Otóż miesko dusimy w odrobinie masła z dodatkiem kilku szalotek i paru ząbków czosnku. ponadto z przypraw stosuję tylko sól. Mięso musi być doskonale miękkie więc czasu na duszenie nie powinnyśmy żałować. Gdy już uznamy ,że ma dość obróbki cieplnej dzielimy je dwoma widelcami na włókna. Do mięsa w takiej postaci wrzucamy ziarenka granatu i dodatkowo wyciskamy sok z jednego. Ja lubię gdy owocu jest dużo. Do tego pokrojona natka pietruszki a w przypadku baraniny mięta. Sałatkę najlepiej zjadać , gdy jest jeszcze ciepła i tłuszczyk na mięsie nie zastygł. Można też odgrzewać i przyznam ,że taka smakuje najlepiej lecz zazwyczaj zjadana jest na bieżąco. Ja wczoraj miałam taką kolację i na dziś nic mi nie zostało niestety. Polecam .

sobota, 3 listopada 2012

niebiesko -fioletowo

O mało co,  w zabawie w tęczę , nie poległam  na moim ulubionym niebieskim.Nie mam problemu z rozpoznawaniem tego koloru w otoczeniu. Mam sporo kwiatów w ogrodzie w tym kolorze właśnie, nie brakuje mi go w garderobie (ostatnio zakupiłam kolejny niebieski sweterek w Simple .Polecam ich błękitną kolekcję),we wnętrzu też mam go sporo. jednak , gdy patrzę na modrą kapustę mam pewne wątpliwości.Na tle błękitnej ściereczki nie dostrzegam w niej niczego niebieskiego. Wiem ,że niektórzy wyrażają się o niej jako o czerwonej kapuście ,ale na tle czerwonych granatów (też niezły psikus ) ,trudno ją nazywać czerwoną. Jaka więc jest naprawdę? Moim zdaniem po prostu fioletowa . Dlatego pozwolę sobie w tym poście połączyć kolor niebieski z fioletem a nie jak sugerowała Ania ,niebieski z granatem. O granacie będzie osobno. Więc biorąc naszą fioletową kapustę, szatkując i poddając jakiś czas gotowaniu w wodzie uzyskujemy faktycznie kolor niebieski.Wywar z kapusty na nic właściwie nie jest przydatny ale możemy wykorzystać ,żeby pokazać dzieciakom czary .Rozcieńczamy mocno aby uzyskać ładny jasny odcień i dodajemy 5 kropli soku z cytryny , robimy czary mary i gotowe.Moim dzieciakom zawsze bardzo się ta sztuczka podobała. Ciekawe czy będą pokazywać swoim dzieciom. A przepis na najpyszniejszą modrą kapustę , wygląda tak: Główkę kapusty szatkujemy i gotujemy chwilę. W garnku rozpuszczamy ok.10 dkg masła , wrzucamy kapustę ,odrobinę solimy i dodajemy łyżkę miodu ,szklankę wytrawnego wina czerwonego lub białego, dwie łyżki octu balsamicznego , ponabijaną sześcioma goździkami cebule (potem wyciągamy).To wszystko dusimy jakiś czas pod przykryciem. Pod koniec duszenia dodajemy pokrojone w słupki jabłko oraz garść rodzynek i kilka posiekanych suszonych śliwek. Kapusta jest pyszna i jako ciepła i na zimno. To ona właśnie otwiera w mojej kuchni sezon zimowy. Tradycja rodzinna nakazuje robić to pierwszego listopada. I tak się stało i tym razem.