| W zabawie w kolory tęczy przyszedł czas na żółty. Jesienne żółcienie raczej kojarzą się z ciepłymi barwami liści, złocistymi trawami i ciepłymi sweterkami. U mnie w zasadzie wszystko to jest oprócz sweterka ,bo jakoś jeszcze nie nabyłam chociaż brunetkom zazdroszczę,że jest im zazwyczaj tak twarzowo w tym kolorze. Mnie nie. Kiedyś miałam zwiewną letnią sukienkę w cytrynowym kolorze i pan egzaminator prawa jazdy mówił w związku z tym do mnie "słoneczko".Być może dzięki tej sukience udało mi się zdać egzamin za pierwszym razem. Ale to dawno było. Nie przepadam też za tym kolorem w ogrodzie ale wiosny bez żółtych żonkili sobie nie wyobrażam , tak jak i łąki bez jaskrów , wiejskiego płota bez słoneczników i ogrodu ,gdzie żółte rudbekie wabią motyle wszystkich maści. Tak więc niby za zółtym nie przepadam a żyć bez niego się nie da. I ten widok z kuchni na pożółkłe drzewa w parku - bezcenny. Dziś jednak będzie o chłodno kwaśnej żółci cytryn.Te mogę jadać nawet jak jabłka .Może mam za dużo słodkości w sobie i natura potrzebuje to zbilansować jakoś? Żeby nie być dłużna Małgosi Toskańskiej ,która poświęciła mi ognisto czerwonego florenckiego posta , rewanżuję się widokami z mojej pożółkłej dnia dzisiejszego kuchni. A kuchnia zażółciła się dzięki tkwiącemu gdzieś w zakamarkach mojej pamięci Małgosinemu przepisowi na moczone cytryny.No to zamoczyłam.Kilo cytryn po umyciu (ja zawsze szoruję ) zalewamy zimną wodą i odstawiamy na dobę , zmieniając przy tym kilkakrotnie wodę . Po 24 godzinach dajemy je na ogień i niech sobie tak pyrkają pół godziny. Po tym odlewamy wrzątek i znowu zalewamy zimną i trzymamy znowu dobę ale już wody nie wymieniamy.Jak minie kolejna doba cytrynki kroimy na kawałki i dosypujemy kilogram cukru i podgrzewamy do momentu kiedy cukier się roztopi.Ponoć można pasteryzować ale myślę ,że po zjedzeniu tej porcji lepiej sobie zrobić kolejną świeżą bo przecież cytryn jest u nas pod dostatkiem zawsze.Polecam też inne przepisy Małgosi z wykorzystaniem cytryn. Tu znajdziecie przepis na limoncello i krem cytrynowy mocny .Za krem biorę się jutro ,bo chciałabym go miec na Boże Narodzenie a proces jest dość długotrwały.Jutro też mam w planie konfiturę z pigwy, która już gości w mojej kuchni .Piszecie się też ? |
środa, 10 października 2012
Zółto
wtorek, 9 października 2012
Tadam
poniedziałek, 8 października 2012
wielka zadyma
piątek, 5 października 2012
To był ten dzień
Dzisiejszy post miał być o czymś ,co zapowiadałam wczoraj, ale wybaczycie ,że tamten będzie później a dziś podzielę się czymś innym. Miałam skoczyć do Krakowa po odbiór gzymsu do kominka.Wybrałam się po obiedzie . Jadę sobie kawałek i co widzę ? No właśnie. Ja wiedziałam od razu co to ale zastanawiam się nad tym ,czy jak ktoś w nizin jedzie i to pierwszy raz dajmy na to , to wie co to. Czy to góry ,czy to chmury ,czy to pałac kultury? Dni z taką widocznością nie ma zbyt wiele. Zazwyczaj albo pierwsze plany są przesłonięte krakowskim smogiem albo Tatry się maskują za grubymi warstwami chmurzysk. Przecież niejednokrotnie, nawet będąc w Zakopanem , można nie zobaczyć Giewontu ,no chyba ,że się na niego wejdzie. Więc ,gdyby ktoś nie wiedział, z odległosci ponad 100 km tak właśnie wygląda pasmo naszych najwyższych i poniższych Karpat. Nie wiem , jak takie widoki działają na was ale na mnie działają tak ,że odebrałam błyskawicznie gzymsik i fruuuuuu. Byłam coraz bliżej i bliżej. I nie dotknęłam ich rękoma i nogoma ale nawet nie to dziś było mi potrzebne. Chciałam się nagapić na ich wielkość i coś sobie od nich zagarnąć. Przecież im nie ubędzie.Ostatnie spojrzenia to już niemal na wyciągnięcie ręki i tyle mi wystarczyło. W drodze powrotnej słuchałam Trójki i jeden ze słuchaczy dzwonił do Kuby Strzyczkowskiego z informacją ,że stanął gdzieś na parkingu w okolicach Słomnik( to jakieś 20km od Krakowa w kierunku Warszawy) i nie może wyjść z podziwu jak pięknie widać Tatry. A ja się uśmiechnęłam tylko .Ciekawe czy też pojechał?
czwartek, 4 października 2012
a co piszczy w skrzynkach?
środa, 3 października 2012
Basiu,Basiu, Basiu
Subskrybuj:
Posty (Atom)