środa, 10 października 2012

Zółto

W zabawie w kolory tęczy przyszedł czas na żółty. Jesienne żółcienie raczej kojarzą się z ciepłymi barwami  liści, złocistymi trawami i ciepłymi sweterkami. U mnie w zasadzie wszystko to jest oprócz sweterka ,bo jakoś jeszcze nie nabyłam chociaż brunetkom zazdroszczę,że jest im zazwyczaj tak twarzowo w tym kolorze. Mnie nie. Kiedyś miałam zwiewną letnią sukienkę w cytrynowym kolorze i pan egzaminator prawa jazdy mówił w związku z tym do mnie "słoneczko".Być  może dzięki tej sukience udało mi się zdać egzamin za pierwszym razem. Ale to dawno było. Nie przepadam też za tym kolorem w ogrodzie ale wiosny bez żółtych żonkili sobie nie wyobrażam , tak jak i łąki bez jaskrów , wiejskiego płota bez słoneczników i ogrodu ,gdzie żółte rudbekie wabią motyle wszystkich maści. Tak więc niby za zółtym nie przepadam a żyć bez niego się nie da. I ten widok z kuchni na pożółkłe drzewa w parku - bezcenny. Dziś jednak będzie o chłodno kwaśnej żółci cytryn.Te mogę jadać nawet jak jabłka .Może mam za dużo słodkości w sobie i natura potrzebuje to zbilansować jakoś? Żeby nie być dłużna Małgosi Toskańskiej ,która poświęciła mi ognisto czerwonego florenckiego posta , rewanżuję się widokami z mojej pożółkłej dnia dzisiejszego kuchni. A kuchnia zażółciła się dzięki tkwiącemu gdzieś w zakamarkach mojej pamięci Małgosinemu przepisowi  na moczone cytryny.No to zamoczyłam.Kilo cytryn po umyciu (ja zawsze szoruję ) zalewamy zimną wodą i odstawiamy na dobę , zmieniając przy tym kilkakrotnie wodę . Po 24 godzinach dajemy je na ogień i niech sobie tak pyrkają pół godziny. Po tym odlewamy wrzątek i znowu zalewamy zimną i trzymamy znowu dobę ale już wody nie wymieniamy.Jak minie kolejna doba cytrynki kroimy na kawałki i dosypujemy kilogram cukru i podgrzewamy do momentu kiedy cukier się roztopi.Ponoć można pasteryzować ale myślę ,że po zjedzeniu tej porcji lepiej sobie zrobić kolejną świeżą bo przecież cytryn jest u nas pod dostatkiem zawsze.Polecam też inne przepisy Małgosi z wykorzystaniem cytryn. Tu znajdziecie przepis na limoncello i krem cytrynowy mocny .Za krem biorę się jutro ,bo chciałabym go miec na Boże Narodzenie a proces jest dość długotrwały.Jutro też mam w planie konfiturę z pigwy, która już gości w mojej kuchni .Piszecie się też ?

wtorek, 9 października 2012

Tadam

4 października o godzinie 19.52 Anonimowy napisał"Bardzo ładny komplecik. ustawiam się w kolejce i liczę na szczęście. Pozdrawiam megi0041@wp.pl" . I szczęście dopisało ,bo właśnie własnoręcznie wylosowałam tuż po północy kręciołka z numerem 126. Gratuluję Megi. Krótkie podsumowanie - w zabawie brało udział 146 osób poczynając od Maryś ,kończąc na Aleji57. Obie dziewczyny znam i kocham szczerze ale jak widać ani pierwsi ani ostatni tym razem pierwszymi nie są.  W zabawie brali udział wszyscy ,którzy się wpisali pod postem, i Ci którym skromność nie pozwalała ,bo już u mnie wygrali i Ci których ten kolor nie interesował ( Moje zmartwienie co bym z tym fantem zrobiła). Przyznam ,że nie liczyłam na aż tak duże zainteresowanie , dlatego dość czasochłonne było przygotowanie loterii. Paseczki wypisywałam wczoraj , dziś tylko bieżące uzupełnienia . No i oglądając film ,robiłam te kręciołki korzystając z ołówka. Przybyło mi wielu nowych obserwatorów , co i cieszy i martwi bo przecież powinnam was wszystkie poodwiedzać a ja tu się ledwo ze "starymi" znajomymi wyrabiam. Dziękuję za wszystkie zaproszenia i obiecuję ,że powolutku będę zaglądać z rewizytami. Czy miałam faworytów ? Owszem .Bliskie mi były Miszka i Myszka .Kto zgadnie dlaczego? No i ujął mnie ten pan, co chciał wygrać różowy zestawik dla żony i córeczki. Powinna też wygrać osoba schowana za nikiem "Białe grochy" oraz "Nostalgia" , bo tak się ta seria naczyń nazywa. A tak naprawdę, to jak już pisałam w komentarzach, chciałabym wszystkich obdarować , ale pan dziś w sklepie mnie nie pocieszył. Kończą produkcję tych naczyń ,bo jest zupełnie nieopłacalna. Kiedyś oprócz garów "Emalia" zajmowała się zbrojeniówką i wtedy zupełnie nie liczono czy się produkcja naczyń kalkuluje czy nie . Zarabiano na czymś innym . Teraz czasy się zmieniły. Bombek już nie produkują a "Nostalgia " to ręczna robota .stad też te wszystkie niedoskonałości w wykończeniu , chociaż ja starałam się żeby było w miarę ok. Chce jeszcze raz wszystkim podziękowac za zabawę , za rozpropagowanie mojego bloga i olkuskiej emalii. Mam nadzieję,że jeszcze kiedyś coś dla was w tym stylu będę miała. Myślałam ,że z okazji setnego posta ale to musiało być niebawem a chciałabym odetchnąć  trochę i nacieszyć się Waszymi blogami.

poniedziałek, 8 października 2012

wielka zadyma

Powidła uwielbiam. Smażę je od kilku lat samodzielnie.Składniki to śliwki węgierki dobrze dojrzałe bez pestek i tyle.Fakt,że wymagane jest dość duże poświęcenie czasu.Wiążemy się więc przy garze na długo ,bo sukces ukryty jest w odpowiednio długim wysmażeniu powideł.Zazwyczaj zajmuje mi to dwa dni po kilka godzin.Po prostu czuwam i mieszam. Można się w tym czasie oczywiście czymś zająć ale raczej nie może to być jakaś fascynująca książka.Ja poświęciłam ten czas na między innymi czyszczenie nasionek tzn. oddzielanie nasion od piasku czyli typowe zajęcie dla kopciuszka. Ale nie narzekam ,bo to fajny czas na różne przemyślenia. Nie będę o nich tu pisać, bo mój blog nie miał takich założeń,że będę się otwierać zanadto. Oczywiście to wszystko może ewoluować w przyszłości i kto wie czym się ten blog jeszcze może stać. Może go upolitycznię?Żartuję oczywiście. O powidłach miało być a nie o polityce.No więc smażę i smażę i jak już wysmażę to z jednego kilograma śliwek wychodzi ok.300 ml powideł.W tym roku miałam kilka powidłowych sesji. I powiem ,że z każdego smażenia mają inny smak. Może to kwestia dojrzałości śliwek i na pewno tego ,że niektóre mocniej mi się przypalały. Lubię,gdy mają taki leciutki posmak przypalenia ale taki ledwo co wyczuwalny.Od lat używam do smażenia nierdzewnego gara ale jakiś czas temu (nie potrafię określić dokładnie kiedy,ale to mogło by być ze dwa ,trzy lata wstecz) trafiłam przypadkiem(bo ja tv nie oglądam ale mam)na program "Maja w ogrodzie" na temat smażenia powideł gdzieś w Polsce,na ogniskach w miedzianych kotłach.Hmmm, spodobał mi się ten pomysł bardzo ,tylko kotła brak. Więc wszczęłam poszukiwania.W sklepach raczej nie do zdobycia ale od czego są targi staroci.I owszem znajdywałam ale .....miałam pewne wątpliwości do czego mogły służyć wcześniej.Wszystko się zmieniło po mojej tegorocznej wycieczce do Transylwanii.Jakoś tak zgadaliśmy się z przewodnikiem o słynnych cygańskich miedzianych patelniach i pan Michał zawiódł nas do wioski ,jednej z dwóch w Europie , gdzie do tej pory Cyganie trudnią się kotlarstwem ,czyli ręcznym wyrobem miedzianych naczyń. Oj, tego mi było trzeba.Po negocjacjach przy pomocy kartki i ołówka młody Cygan zszedł z ceny prawie o połowę i w ten sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką autentycznego miedzianego kociołka.Zdjęcie Romów było robione z ukrycia,bo ponoć ,gdyby zauważyli ,można by stracić aparat a może i nawet zęby.Wolałam nie ryzykować.No i mogłam wreszcie tej jesieni trochę sobie pozadymiać. Przyznam ,że w międzyczasie naczytałam się  dużo o rzekomej szkodliwości miedzi ale głosy za i przeciw prawie się równoważyły i zdecydowałam narazić zdrowie dla smaku prawdziwych zadymionych powideł.Jak tylko będzie jeszcze pogoda i śliwki to robię powtórkę ,bo te z dodatkiem miedzi są wyśmienite.A co robiłam w ogrodzie smażąc powidła,to może już innym razem.

piątek, 5 października 2012

To był ten dzień

Dzisiejszy post miał być o czymś ,co zapowiadałam wczoraj, ale wybaczycie ,że tamten będzie później a dziś podzielę się czymś innym. Miałam skoczyć do Krakowa po odbiór gzymsu do kominka.Wybrałam się po obiedzie . Jadę sobie kawałek i co widzę ? No właśnie. Ja wiedziałam od razu co to ale zastanawiam się nad tym ,czy jak ktoś w nizin jedzie i to pierwszy raz dajmy na to , to wie co to. Czy to góry ,czy to chmury ,czy to pałac kultury? Dni z taką widocznością nie ma zbyt wiele. Zazwyczaj albo pierwsze plany są przesłonięte krakowskim smogiem albo Tatry się maskują za grubymi warstwami chmurzysk. Przecież niejednokrotnie, nawet będąc w Zakopanem , można nie zobaczyć Giewontu ,no chyba ,że się na niego wejdzie. Więc ,gdyby ktoś nie wiedział, z odległosci ponad 100 km tak właśnie wygląda pasmo naszych najwyższych i poniższych  Karpat. Nie wiem , jak takie widoki działają na was ale na mnie działają tak ,że odebrałam błyskawicznie gzymsik i fruuuuuu. Byłam coraz bliżej i bliżej. I nie dotknęłam ich rękoma i nogoma ale nawet nie to dziś było mi potrzebne. Chciałam się nagapić na ich wielkość i coś sobie od nich zagarnąć. Przecież im nie ubędzie.Ostatnie spojrzenia to już niemal na wyciągnięcie ręki i tyle mi wystarczyło. W drodze powrotnej słuchałam Trójki i jeden ze słuchaczy dzwonił do Kuby Strzyczkowskiego  z informacją ,że stanął gdzieś na parkingu w okolicach Słomnik( to jakieś 20km od Krakowa w kierunku Warszawy) i nie może wyjść z podziwu jak pięknie widać Tatry. A ja się uśmiechnęłam tylko .Ciekawe czy też pojechał?

czwartek, 4 października 2012

a co piszczy w skrzynkach?

Czy ktoś mnie pytał , jak tam moje skrzynki się mają czy to znowu słyszę głosy niewypowiedziane? No cóż innego mogło się w nich pojawić jak nie kapucha. zakapuściłam się ostatnio przez te śliwkowe wypady i efekt mam pod oknami. Zostały jeszcze sadzone wcześniej wrzosy ,dodałam wszędobylskiego bluszczu  i mech co mi miedzy kostką tu i tam wypełzł. Lubię mech ale na chodniku jak zmoknie można nieźle polecieć a jeśli to na dodatek schody , to lepiej go dać do skrzynek. Motyle jak widać żywotne i jak będę miała gest to nawet zimą sobie będą fruwały .okna nie umyte , bo remont trwa więc tak robiłam ujęcia ,żeby za wiele nie było widać. Ale po co ja wam to mówię?Dziś po południu robiłam coś. Co ? macie jak za mgłą zapowiedź kolejnego posta. Ciekawe kto zgadnie co zgotowałam ? No i witam Beatę dwusetną moją chociaż jedna z tych dwóch setek to ja sama ,  bo mnie jakoś automatycznie chyba bloger dodał :-)

środa, 3 października 2012

Basiu,Basiu, Basiu

Ten post miał być napisany już jakiś czas temu ,ale tak się wszystko składało ,że mogłabym go tylko zacząć a chciałam go również dokończyć. To ,co było jego zakończeniem powstało wczoraj więc dziś już spokojnie mogę opowiedzieć o pewnej znajomości. Gdy zaczynałam pisać bloga ,nawet mi przez myśl nie przyszło ,że miałabym kogoś poznawać ,spotykać się. Mam tyle koleżanek i znajomych , dla których ciągle mi brakuje czasu ,że myśl aby to grono poszerzać w ogóle nie miała racji bytu. Ale....Pewnie same wiecie jak to jest . Poznaje się czyjegoś bloga, zaczyna się korespondencja, odkrywa się pokrewną duszę a potem już tylko przychylne okoliczności, zrządzenie losu ,że akurat jesteśmy blisko i dochodzi do spotkania przy prawdziwej kawce. Chciałam napisać o pewnej osobie , z którą spotkałam się na początku września ,bo właśnie była blisko choć na co dzień mieszka bardzo daleko. W komentarzach podpisuje się jako "Basia z S" a "S" to Serbia ,kraj w którym przyszło jej żyć od wielu już lat.Basia napisała do mnie pierwszego maila 24 maja .Był to nie mniej ,nie więcej a mail pochwalny na cześć mojego bloga. Miło mi było bardzo tym bardziej ,że  wyczułam w jej pisaniu taki tęskny ton. Nie myliłam się. Basi bardzo bliska jest Polska i to co z nią związane.A ja na trzeciego maja wywiesiłam flagę biało czerwoną i może to dlatego poczuła do mnie sentyment. A mnie wzrusza ogromnie , gdy ktoś na obczyźnie szuka kontaktów i wypatruje wszystkiego co Nasze.Mam niestety sporo złych przykładów emigracji i to nawet wśród bliskiej rodziny. Dzieci mojej najbliższej kuzynki nie mówią po polsku , inni mówią żeby nie wysyłać im kartek na święta ,bo nie dochodzą ponieważ zmienili nazwisko na mniej polsko brzmiące a jakoś wstyd ich nas o tym poinformować. O innych rzeczach nawet nie wspomnę. A Basia? Basia jest tym najlepszym przykładem . Ma dwóch synów , którym zapewniła polskie solidne wykształcenie. Obaj mieszkają już w Polsce i mają polskie dziewczyny . Resztę pewnie opowie sama , bo obiecała ,że zacznie pisać bloga. Mnie osobiście bardzo interesowałyby losy kogoś takiego jak ona . Druga rzecz to jej życie tam w Serbii. Z tego co opowiadała , wszystko jest inaczej niż u nas . Trudno powiedzieć gorzej czy lepiej ale inaczej i dla nas na pewno bardzo ciekawie. Spotkałyśmy się niestety na bardzo krótko , bo tak się  czas poukładał i moje i jej obowiązki ale uwierzcie ,że było mi mało i mało i mogłabym całymi dniami z nią gadać jak z siostrą ciut starszą (chociaż w ogóle tego nie widać , bo świetnie się trzyma ).Wiem ,że czyta i na tego posta też czeka ,bo powiedziałam ,że napiszę . Nie komentuje zbyt często , bo .......ma z tym problemy. Ja ją doskonale rozumiem ,bo pamiętam jak mnie było ciężko na początku. Próbowałam wielokrotnie zanim udało mi się pierwszy komentarz wysłać jeszcze jako niezalogowana.Dzięki mojej instrukcji udało się Basi napisać pierwszy komentarz pod postem z moim pierwszym candy. Myślę ,że powinno już pójść z górki i dziś na pewno jakiś komentarz się pojawi. Basiu, liczę na to. A co do spotkania naszego to odbyło się naprawdę w przyspieszonym tempie i nawet bez kawy ale nie wyobrażałam sobie ,żeby się nie spotkać choćby na 5 minut. Mam nadzieję ,że następnym razem będzie to o wiele dłużej i nie jedną kawkę zdążymy wypić. Oczywiście , jak zwykle w takich ważnych chwilach , nie miałam przy sobie aparatu, dlatego Basi wam nie pokażę. Możecie sobie tylko wyobrazić ,że jest  śliczna i drobniutka i nigdy nie powiedziałabym ,że ma dorosłych synów.Udało mi się jednak już po powrocie do domu sfotografować upominki od Basi. A był to Wór Świętego Mikołaja.Sam wór już był zacny ,bo bawełniany z haftem kłosów zboża więc na pewno będzie  służył do przechowywania mąki.A w nim i coś dla podniebienia i coś dla oka.Dostałam piękną dzierganą przez Serbki serwetę i smokwy czyli figi w syropie , szalenie słodkie ale tego mi nieraz właśnie trzeba. Były też inne frykasy typowe dla Serbii ale najbardziej mnie zdumiała i zaciekawiła vegeta swojskiej roboty. Oczywiście już jej nie ma ,bo odkąd ją dostałam używałam do wszystkiego ale poprosiłam Basię o przepis i mi go przysłała mailem. I dlatego tak zwlekałam z tym postem , bo chciałam się podzielić  z Wami Oryginalną serbską vegetą bez konserwantów a chciałam ją najpierw zrobić sama. Oto proporcje: 1 kg marchwi, 1 kg selera, 1 kg cebuli, 1 kg papryki(kolorowej),1 kg pietruszki i uwaga !!! 1 kg pasternaka. I nawet mi edytor tekstu podkreślił to warzywo ,bo jest ono u nas mało popularne chociaż czasami można kupić korzeń pietruszki, który nie pachnie pietruszką i to wtedy jest pasternak. Ponieważ jest tańszy od pietruszki i dobrze rośnie w korzeń to nasi cwani handlowcy tak sobie nas  oszukują. Nieraz już taką pietruszkę wyrzucałam nie wiedząc co z tym zrobić.Ponieważ nie trafiłam tym razem na żadnego oszusta( czyżby przepadli?) a miałam jeszcze w ogródku kalarepę , to jej użyłam. (Kalarepy w Serbii ponoć nie znają).Do naszej vegety potrzebujemy jeszcze sporo naci pietruszki i selera i to wszystko mielimy w maszynce do mięsa o dużych okach albo w robocie kuchennym. Ja mieliłam w maszynce.Troszkę odcisnęłam masę bo jednak papryka ma sporo soku i do tego dałam 1kg 25 dkg soli morskiej gruboziarnistej. Wymieszałam , ubiłam w słoiczku, położyłam na to celofan i zakręciłam słoik. Basia twierdzi ,że nie musi być przechowywane w lodówce. Przyznam ,że wydawało mi się ,że z takiej ilości warzyw to wyjdzie tyle tego ,że nie przejemy i robiłam z połowy . Wcale tego nie ma dużo. Jutro robię kolejną porcje. Może teraz dodam i innych warzyw ? Gdyby Basia pisała bloga to pewnie nie jeden fajny przepis by nam podesłała. Basia pisz.